monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2010

Pierwszy raz jadąc do Paryża wymyśliłem, że Per Lachaise zostanie na koniec – przed wyjazdem na lotnisko. Nawet wymyśliłem do tego rym: „Jeder Abschied ist ein kleiner Tod”. Paryż jednak we mnie nie umiera. Okazuje się, że całkiem nieźle się w mojej świadomości umościł – byłem znakomitym przewodnikiem w ten weekend. Nie tylko pokazałem „Top Ten” w weekend – ale jeszcze nadrobiłem moje zaległości z ostatniego razu – obejrzałem impresjonistów w Musee dOrsey, wreszcie zadumałem się w Saint Chapelle (było warto) i zakochałem w Mont Parnassie – zwłaszcza w Saint Sulpice (po ostatnim przesłuchaniu „Da Vinci Code”). I znowu na koniec zostały groby. Tak jak pierwszym razem sobie wymyśliłem – za każdym razem pójdę na kolejne – bo nigdy nie będę miał dość czasu, żeby odwiedzić wszystkich naraz. Mimo to znowu zacząłem od Chopina i Morissona. Ale Potem była Edith Piaf, Oscar Wilde – obsypany pocałunkami i kilka innych niepozornych głazów – znacznie mocniej utrwalonych w świadomości świata niż w kamieniu. Wilde zdaje się pośmiertnie drwić z przemijania. Zachwyciło mnie, że porwał zwiedzających siedemnastolatków do obsypania go pocałunkami ze szminki. „Stupido” – wykrzykiwała do małżonka włoska jejmość po sześćdziesiątce… I pomyślałem – gdybym kiedyś miał swój grób (życzę sobie, żeby mnie spalono i prochy wysypano do kompostownika w ogrodzie) – to marzyłbym o takim zbeszczeszczeniu – jak Wilde’a. O nie – już nie mówię na Pere Lachais – śmierć – tam pochowani – przeżyją nas wszystkich.


Hasz

Brak komentarzy

Gdy wczoraj wieczorem wyszedlem na Rossio bylem nieco zbity z tropu gdy zagadnieto mnie, czy nie kupie haszu. Cena podobno byla korzystna;) Dzis sie z tym oswoilem. Se – to jedno z najsilniejszych wrazen w starej Lizbonie. Potem juz bylo tylko coraz silniej a kulminacja to Museu Celusto Gulbenkian z ogrodami. Gdyby nie to, ze za tydzien obejrze w Musee dOrsay wszystkich impresjonistow wlepialbym dluzej galy w Moneta, Maneta i pozostalych. Tu byl tez Rembrandt i Rubens (Amsterdamie, bedziesz mój w tym roku). Teraz ide cos zjesc.

Serenity nazywał się cel moich poszukiwań sprzed chyba już 8 lat. Serenity to też „Relax” z zawieszki na klamkę hotelowych drzwi. Chyba się wreszcie najadłem zgodnie z potrzebą mojego ducha, bo dzisiejsza poranna waga pokazała 2 kilo mniej. Kto wie, może popracuję nad utwardzeniem i rozbudową klaty i zrzuceniem opony. To wreszcie wydaje mi się nawet zabawny cel, skoro te wielkie pragnienia jakoś się póki co podkarmiły.

Głód

Brak komentarzy

Kolejna blotka miała się nazywać inaczej. Jednak inna myśl przyszła mi do głowy w drodze do domu. Dlaczego tyję? Bo głód wrażeń zajadam. Gdy żyję zgodnie z tym, co mam w środku, jem ile potrzebuję. Wtedy bym nie tył. NIe zamierzam się uskarżać.
Godziny. To jest znajomość na godziny. Lubię, że jest. Cenię ją i szanuję. Godziny. To film z Maryl Streep. Ona mówi w tym filmie: „i myślałam, że oto właśnie zaczyna się nasze szczęście. Ono się nie zaczynało. To było to szczęście…”.
Dostałem więcej niż 3 godziny. Dostałem całą dobę. Nie boję się o szczęście. Ono przemija. Ale pojawia się też ciągle w nowej postaci. Sądzę, że można je mieć, jeśli uparcie nie będzie się od szczęścia wymagało, żeby pojawiało się w poprzedniej postaci. Po prostu warto pozwolić szczęściu być sobą. Ludziom też warto pozwolić być sobą;)

Mówią, że niczego nie da się nadrobić. Ale gdy to mówią, nie mają na myśli tego, że ja w danej chwili tego i tak bym nie umiał wziąć, o zaniedbywanie czego mnie posądzają. Mój ojciec: gdy byłem małym chłopcem nie dostał mnie, bo się upijał. Ja zbudowałem moją twierdzę i się w niej odosobniłem emocjonalnie. Mój ojciec wtedy nie stawiał na co innego, po prostu do czego innego był wtedy gotów, co innego go poruszało, co innego topił w alkoholu. A może niczego nie topił. Po prostu tyle co umiał wziąć, tyle brał na maksa. Czy mnie stracił? Nie powiedziałbym. Tylko przy nim czuję się dziś jak mały chłopiec, którego się zabiera na lody i na którego się czeka, aż zawiąże buty i wpuści koszulę w spodnie. Tylko mój ojciec umie to dziś i to w dodatku ode mnie brać i ja mu właśnie z wielkim szczęściem umiem to dawać. Wymykamy się we dwóch i uczymy swoich światów. To że nie przeżył mnie gdy byłem 8-letnim urwisem – to w mojej obecnej ocenie żadna strata. Wtedy zapewne ja, nie umiałbym zrozumieć jego prawdziwego świata. Uwielbiam jego dzisiejszą konstruktywność, determinację i poukładanie. Jego świat jest prosty i pogodny. On uśmiecha się błyskiem oka i kącikami ust do mojej – niby nie przystojącej mojemu wiekowi – nicponiowatości. Dlatego nie wierzę tym, którzy mówią – „to a to jest najważniejsze w życiu, tylko teraz masz szansę, by to wziąć, wszystko inne odłóż na bok…” Bullshit. Ja zapytam: „w czyim życiu?”. Mój emocjonalny ja powie mi dobrze co umiem, a czego nie potrafię wziąć. To co mnie ucieszy i do czego dorosłem, wezmę. Wszystko inne? Albo zechcę się nauczyć to brać, albo do tego nigdy nie dorosnę. Dlatego: wszystko po kolei. Będę zatem cieszył się radością, którą dostaję i którą umiem brać garściami. Nie będę mącił jej patrzeniem na moje życie z perspektywy kogoś, kto i tak nie będzie miał szansy tym moim życiem żyć. Muszę tylko pamiętać, by nie zdradzić siebie, by uchronić się od bezbronności, by nie dać się bezinteresownie skrzywdzić innym. Nie lubię tej asekuracji w życiu. Moim marzeniem jest żyć w świecie dobrym, takim, który mnie nie okłamie. Czy jestem hipokrytą? Nie uważam tak - nie zapewniam o niczym, czego nie chcę dawać.


  • RSS