monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2010

Lato

Brak komentarzy

Początek końca kolejnego roku. Dni już będą tylko krótsze. Mniej światła i słońca coraz mniej. Dlatego skupiam się teraz na uchwyceniu wszystkich promieni i całego przyjemnego gorąca. Nie lubię słowa „upał”, bo ono sugeruje, że jest za ciepło, a polskie ciepło jest dla mnie doskonałe – no raczej go mniej niż za dużo. Uwielbiam warszawę latem – bez korków, gorąca i frywolna – a przy tym można posączyć lampkę wina „Nad Jeziorem” albo u „Mielżyńskiego” – bardziej polecam józefowską Gospodę i Winiarnię „Nad jeziorem” – tam gorąca leniwość popołudnia nad wodą jest perfekcyjna – ale uwaga – w poniedziałki mają zamknięte, jak mi się przyszło nie tak dawno przekonać. Coś myślę, że muszę czym prędzej zrobić kolejne podejście.

Skóra

Brak komentarzy

Nieporadny dotyk jest pełen zachłanności, ale tyle w nim wigoru, że nie umie się zrelaksować – najczęściej młody i nieco speszony. Dotyk zachłanny może nawet boleć (tak fizycznie, jako zmęczenie materii ciała), ale szczerze i przyjemnie – całym sobą, jaki jest – to dotyk, który wie, czego chce i bierze sobie to bez ceregieli. Masa jest dotyków. … czasami zastanawiam się nad dotykiem, który kłamie. Jakoś widać, że nie jest zachłanny, nie jest też wprost wymuszony, ale czuć, że nie bierze się sam z siebie – z zachłanności, z ochoty, z podniecenia. Kłamany dotyk to trochę jak rewanż za coś – nie dla przyjemności, ale dla elementu socjalnego, budowania układu. Kłamstwa dotykiem nieprzyjemnie zaskakują odkryte po dłuższym czasie. Rozpoznane w chwili kłamstwa mogą być spławione pobłażliwością. Okłamany dotyk chyba jest bardziej „dotkliwy” niemiło niż okłamane słowo. Może dlatego, że słowami jesteśmy stale manipulowani i mamy na nie większą odporność - dotykiem tylko przez tych, których do siebie na bliskość dotyku dopuścimy. Stąd potem bierze się zniesmaczenie sobą – a nie dotykającym. Skóra to wspaniały organ zmysłu. Bardzo nie doceniany.

Zdrada

Brak komentarzy

Gdy Twoja myśl odpływa przed zaśnięciem poza otulające Cię do snu ramiona – to już zdrada. Ona się nie uciszy i nie wytłumi. Ona się przerodzi w pasję. I tylko się zastanawiasz, kiedy i jak znajdzie ta myśl ujście – i czy do podmiotu dotrze.

Czytam teraz książkę Marca Leviego. Nawet nie wiedziałem, że to o Amerykance w Berlinie. Berlin z roku, gdy ja się też w nim pojawiłem. I wiele prostych i niemal oczywistych myśli.

Publiczna

Brak komentarzy

Włodarze zastanawiają się, w jaki sposób wyegzekwować ode mnie pieniądze na: Piotra Kraśko, „M jak Miłość”, „Na dobre i na złe” i filmowe hity lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Jeśli mam radio z mp3 w samochodzie to powinienem płacić abonament. Pytam za co? Za jaką misję telewizji publicznej? Nie słucham żadnego z kanału polskiego radia publicznego i nie oglądam telewizji. żadnej telewizji. Zamiast pozostawać w koleinie myślowej, że bez telewizji publicznej skończymy marnie, otrząśnijmy się i puśćmy ją wreszcie z torbami. Skoro jest problem ze ściągnięciem abonamentu – to znaczy, że to ona nas potrzebuje, a nie my jej. Dzieci właśnie zagłosowały nogami. Tylko co dziewiąte dziecko ogląda dobranockę na publicznej – to po co pozostałe osiem mają za tę dobranockę płacić? Skoro publiczna konkuruje o widownię – a tym samym o wpływy z reklam – to niech finansuje się z tych reklam i nie mydli oczu misją. święci i misjonarze często słabo kończyli. np. święty Mateusz – i kilku innych. Dziękuję za odgrzewane kotlety krótko przed północą, gdy akurat reklamowa widownia poszła spać. Też się prześpię. Telewizjo publiczna ade. Dobranoc Dobranocki. Walterowie i Soloże, Murdochy i im podobni zrobią to lepiej, taniej i bez abonamentu.

Nie płaćmy.

Narodowe

Brak komentarzy

Nigdy bym nie pomyślał, że właśnie Edinburgh wpłynie na mnie tak bardzo. Może bardziej niż Paryż. Pamiętam, że w Paryżu nie są tak mili ludzie. Są za to szczupli. Wybieram miłych, choć oczywiście podobają mi się zadbani. Chodzi o przybytki typu Muzeum Narodowe, Galeria Narodowa i tym podobne… Ekspozycje stałe w Londyńskiej National Gallery, w Edynburskiej National Gallery, w Tate of London, w Modern Tate of london, w lizbonskim (moim ukochanym) Museu Calluste Goulbenkian są po to, by przybliżyć ludziom wartości ulotne i wielkie, są „admission free”. Ale nie polskie Narodowe. W Polsce stawiamy na Martylorogię. Nie na piękno. Na śmierć, na… cierpienie, na strzykanie w krzyżu, na trudność związania końca z końcem… W Narodowym tydzień temu otwarto towarzyskie wydarzenie pod hasłem „Ars Homo Erotica”. Wspaniały pomysł kuratora wystawy, który opracował doskonałe oprowadzanie w postaci audioguida… ale niestety je sam przeczytał. To się nie przydarzyło ani w Casa Batlo, ani w Sagrada Familia – tam audioguide to wartość sama w sobie – uczta, dodatek do zwiedzanego obiektu. Wartością może być, że audioguida czyta autor (bardzo mądry i błyskotliwy dr Paweł Leszkowski), ale z solidną wadą wymowy i „naszą” manierą – jakby z przegiętym nadgarstkiem w głosie (co lekko drażni). Za dwie stówy zrobiłby to znakomicie wyćwiczony lektor (np. z Torunia). Myślę, że brać powinna wesprzeć Muzeum kupując bilet za 17 zł. Każdy z garstki zgromadzonych eksponatów wyłuska coś dla siebie. Czerwone malowidło z trampkami, rosyjskich młodzeńców, a może film w nurcie św. Sebastiana. W sobotę wstęp bezpłatny. Polecam. Wśród zwiedzających same ciacha. No prawie… Taki pomysł na weekend

Pierwotnie wpis ten miał się nazywać „Ani żywej duszy”, bo zachwyciło mnie że cały wspaniały album jednej z najbardziej wypełnionych życiem metropolii obywa się niemal w zupełności bez ludzi w kadrze. Fotograf jest architektem. Musi kochać miasto, którego całe pasaże w tym samym ujęciu fotografuje o różnych porach dnia i nocy, z różnym oświetleniem. Kadry często z lotu ptaka, panoramy – zapierające dech w piersi. I na prawie żadnym nie ma ludzi – choć trudno powiedzieć, że się na nich mało dzieje. Pusty Nowy York tętni na tych zdjęciach życiem. Też mam się wreszcie zakochać w Nowym Yorku i pójść wreszcie po wizę i pojechać. Taki cel miał w podtekście ten prezent. Bardzo przyjemny cel i prezent. Moja determinacja do wyjazdu do New Yorku nieco zmalała, gdy odkryłem tyle wspaniałości na naszym kontynencie. Przede mną już całkiem zaplanowana i wykupiona eskapada do Danii i Norwegii – od sierpnia ugór – ale dwie silne rekomendacje na trzy wysepki greckie (wraz z Mykonos;)) i do Andaluzji – jeszcze bardziej kusząca po moich barcelońskich wojażach. A ci Amerykanie podobno ostatnio podnieśli opłatę wizową ze 100 do 150 baksów – głupki trochę w obliczu tego, że mamy tak wiele miejsc, gdzie wystarczy po robocie wsiąść w samolot i po prostu polecieć. Pomyślę nad nagięciem karku do pokłonów w amerykańskim konsulacie – łatwo mi to jednak nie przychodzi. Richard Berenholtz rozłożył na kartkach albumu cały wachlarz argumentów za. Porozkoszuję się nimi w pięknym warszawskim słońcu pod lasem i spróbuję potem w jakiś deszczowy tydzień utyskując na pogodę zabrać za to nowojorskie wizowe szaleństwo… Przewodnik dla turystów „Co gdzie jak i kiedy” też już dostałem – nic tylko iść do konsulatu;)
Empire states of minds


  • RSS