monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2010

Mocne pozytywne wrażenie. Nie wiem, co kazało mi się spodziewać po wyjeździe z Danii nudy i wioskowatości w Norwegii. Jestem tu dopiero kilka godzin – a już niesamowicie pozytywnie nastrojony. Coś mam wrażenie, że mimo tych piekielnie wysokich cen i jakiejś szalonej prohibicji, nie jestem tu ostatni raz. Chciałem kupić piwo w sklepie – to jakieś szaleństwo – ale cóż przeżyję – może faktycznie na kimś będzie miał pozytywny skutek ten ich antyalkoholizm. Zasypiam dzisiaj bez wspomagaczy nad klawiszami kompa – jutro rano – pełen turystycznej ekscytacji, mimo zmęczenia duńskim zdzieraniem butów na betonowych chodnickach – udam się z rozkoszą na tutejsze – granitowe. Tu wszystko jest bardziej, lepiej i …  no szkoda może, że tak piekielnie drogo…

Nawiązując do odwagi, to też ją parę razy wykazałem ostatnio. Odwagę w moim wykonaniu odzwierciedla kolejne niemieckie powiedzonko: „Augen zu und durch”. Po polsku nie ma tak ślicznie. Tłumaczeniem moim bardzo dowolnym jest: „Zamknij oczy i w dym”. Miałem odwagę wysłuchać kilku spiskowych teorii o oszczędności czasu, że go marnotrawię krążąc po Wawie przez objazdy, bo remontują drogi. Czasami się opłaca. Wtedy czuję się taki macho i taki duży. Wino może pomóc. W ilościach butelkowych. Co tak wiekopomnego wymyśliłem w niedzielę, czyli dziś? Otóż, przyszło mi do głowy coś w kontekście windsurfingu. Jest kilka dyscyplin sportu, które nie za bardzo opanowałem, ale je uwielbiam – pływanie i windsurfing tworzą ich zremb. Jazda na nartach prawie też, ale w nartach, jestem technicznie nieco lepszy. W czwartek wieczorem zapiłem i zasiedziałem się. W piątek obudziłem się zamiast o 5.00 to o 7.00 – zanim wypiłem moje latte grande na tarasie w upalny poranek – zrobiła się 8.30 – w sumie mogłem jechać do biura – ale to był przepiękny, słoneczny piątek. Zadzwoniłem do szefowej i znalazłem powód urlopu na telefon. Dała mi go. Godzinę później jechałem do Białobrzegów – gdzie stacjonuje przez wakacje szkółka i wypożyczalnia windsurfingu. Opaliłem się po dwóch godzinach dryfowania po jeziorze na kamizelkę. W sobotę olałem fikumiku na stepie – w którym jestem gwiazdą – i pojechałem znowu do chłopaków ze szkółki – była flauta (zaczy bezwietrzność) – Jaco holował mnie ze środka zalewu. Ja się nie prosiłem, ale po drodze dał mi parę wskazówek. Dzisiaj wybrałem się po warszawskiej ulewie. Nie było korków. Na miejscu była ulewa. Byłem pierwszy na jeziorze po wybrzmiałych kroplach deszczu. Jaco nie załapał, że pytałem go o poinstruktorowanie mi. Ale wiatr był solidny. Poczułem, co znaczy surfing. … W drodze powrotnej pomyślałem: gdy szukasz kogoś mocnego i znajdujesz po prostu ludzi – nie doceniasz ich – nie są tacy, jak moc tego wspaniałego, którego wyczekujesz. Gdy szukasz spokoju i ciszy na pustkowiu – nie znajdujesz go – bo są ludzie, którzy cię ściągną motorówką z bezwietrznego zalewu i zechcą dać parę wskazówek jak surfować i jak żyć. I zdziwisz się, że są. Rok temu pojechałem dwa razy nad polskie morze na przedłużony windsurfingowy weekend. Roku później, czyli dzisiaj stwierdzam – blisko jest, czego szukacie daleko. Znajdzie Was samo, gdy pozwolicie mu się odholować ze środka jeziora w czasie flauty.

Mum

Brak komentarzy

Germanofile wiedzą, że to przepiękne słowo, na coś, co pierwotnie miałem nazwać w tytule jako „Courage”. „Mum” brzmi lepiej i więcej znaczy. „Mum” znaczy mieć portki na tyłku. To nie jest tylko „Mut” – inny trochę rodzaj odwagi. Mum, jest z większą dozą brawury. Odwaga. Z wiekiem się jej oduczam. Niestety. Oduczam się odwagi zrobienia komuś prezentu. Wiadomo dlaczego – bo przypadło mi w międzyczasie w udziale zrobić komuś prezent, wymyśleć, wyczarować – a ten prezent powędrował na dno kufra… nie przytulony, zapomniany w momencie przyjęcia… Ktoś miał „Mum” obsypać mnie prezentami, znowu wierząc, że je polubię. Pokochałem je. Przylepiłem do nich emocje. Lipiec 2010 to moja tegoroczna gwiazdka. Trzymając się sceny z „Godzin”, gdzie Meryl Streep mówi – i myślałam, że oto zaczyna się nasze szczęście… a to właśnie było to szczęście… zapamiętuję, że wspaniałe prezenty dostałem. I nie jest to preludium do niczego. To jest właśnie ten pik. ten Höhepunkt. ten Highlight. Ktoś się nie bał. Wzruszyłem się szczerze, nawet jeśli nie mam odwagi tego okazać. Pomyślałem zastanawiając się nad tym, co napiszę dzisiaj – że właśnie o odwadze napiszę. Ludzie nabierają odwagi. Pytają, czy ktoś wyobraża sobie, że mógłby z nimi spędzić życie. Przepięknie odważne pytanie, nawet jeśli mogłoby być wspomagane winem. Odwaga nie boi się odrzucenia. Odwaga to wyraz, że ktoś czuje się trochę pewniej. Ze chce spróbować. Ze zdaje się mu, że są szanse. Mam odwagę robić znowu rzeczy, bo je lubię. Wreszcie czuję się znowu sobą, a nie tym dopasowanym do wyobrażeń. Mi do pisania odwagę daje ponaglanie, bym wreszcie napisał, no i Carrie Bradshow. Nawet jeśli to się nie udaje, to ta pisanina miała właśnie przypominać to, co spływało z klawiatury jej Maca. Odważnie spędzam ten weekend na desce z żaglem. Odważnie instruktor ze szkółki windsurfingu podpłynął do mnie motorówką, gdy dryfowałem na bezwietrznym zalewie, żeby podholować do brzegu. Odważniie powiedział, co robię źle, odważnie poprosiłem go o instruktorowanie. Jak dużo czegoś wielkiego potrzebujemy, by po prostu zwyczajnie robić normalne rzeczy. Piękne i dźwięczne słowo: „Mum”. Dla niewtajemniczonych – to słowo to też znana w niemczech marka wina musującego. Na zdrowie. Mum.

Wielkimi krokami próbuję dotrzeć do Szczygielskiego, a tu tyle skojarzeń po drodze. Trudno. Najwyżej wrócę do tego wątku raz jeszcze, ale wreszcie muszę te myśli zmaterializować (o ile przestrzeń wirtualna bloga jest formą materialną). Punkt wyjścia to wada wymowy. Uwielbiam gdy mówca jest charakterystyczny. Slązacy na przykład: zawsze podczas wyjazdów na katowickie targi prowokowałem dłuższe rozmowy w sklepach lub z przechodniami, żeby posłuchać, jak mówią. Mówią obłędnie zrozumiale ale jak bardzo inaczej. Tam, skąd pochodzę mówi się absolutnie niecharakterystycznie – stąd moje ucho łowi wszelkie odmienności. Odmienność, to tak w ogóle świat, w którym czuję się pewnie. Suchocka, Tusk, Terentiev, … to mówienie charakterystyczne – z wadą wymowy. Czasami wada wymowy nakłada się na manierę mówienia – jak w przypadku kustosza wystawy homoartystycznej w Narodowym – który musiał odczytać napisane przez siebie oprowadzanie w postaci audioguida – niedobrze, że to zrobił – ciekawi mnie jak brzmiał audioguide po angielsku – może warto kopnąć się do Narodowego w jakąś sobotę (jest wtedy za darmo), żeby się przekonać. Fatalnie czytał „Lubiewo” autor w wersji audiobooka – ma ten sam parszywy pedalski zaśpiew co ja. Uff – wreszcie dotarłem do Szczygielskiego – ma minimalny zaśpiew, solidną wadę wymowy – i znakomite porównania (jeśli sam je wymyśla). Najbardziej podobała mi się recepcjonistka z drugiej części PL.Boya – mówiąca po angielsku – zaniosłem książkę do roboty i czytaliśmy to sobie z podziałem na role. W Berku nie podobało mi się nieco obrazoburcze zestawienie przyjmowanie Sw. Komunii z robieniem komuś loda. Bierki pisane są od razu jak scenariusz filmowy. Z jasnym panowaniem nad obrazami. Nad kadrami na ekranie. O ile PL.Boy poruszał się po centrum Warszawy, Bierki przeniosły się na Sadybę. Dzięki Bierkom zamiast „Szczygielski” przez głowę przelatywało mi wreszcie „Marcin”. Swój chłop – nie dlatego, że o pedałach. Dlatego, że ma takie znakomite zdania i porównania. Jest bardziej wrażliwy niż skorupa którą się otoczył w ramach marketingu. Znowu ktoś, kogo polubiłem za to jak układa słowa w zdania. No i ta przepiękna wada wymowy: Terentiew, Suchocka, Tusk, Szczygielski… (mam jeszcze na myśli kogoś z problematycznym „r”) – to dar – nie ułomność

Użył takiego porównania, gdy zadzwoniłem do Niego, żeby zapytać o wynik mojego wypracowania maturalnego z polskiego. Mój polonista. Dał mi czwórkę, bo zachciało mi się użyć słowa „sybaryta” i zrobiłem to z wielkiej litery. Nie umiałem się odnaleźć w tym swoistym komplemencie, który nieco oswoił mnie z innym, mającym nastąpić po 21 latach - czyli przed dwoma tygodniami: w prezencie miałem dostać kurs lub poradnik pisania. Nie dlatego, że nie umiem pisać, ale właśnie dlatego, żeby zapanować nad warsztatem i wreszcie napisać dla porządnych pieniędzy – bo potencjał by był. Jak każdy lubię miłe słowa pod adresem mojego huge ego, w kwestii pisania muszę się jednak traktować jako filuterna przeciętność, bo są słowa, dla których czuję uwielbienie i szacunek. W tym miejscu celowo mówię o słowach, a nie o treści. Moją mistrzynią czasów ostatnich jest przeciętnego talentu tancerka, o ogromnym zrywie do życia: Grochola. Nie będę rozwodził się nad tym, że jej trzy książki o „Nigdy w życiu” i ciąg dalszy przeczytałem pożerając poszczególne akapity zatrzymując się na czerwonym (to było jeszcze przed erą audiobooków). Trzecią część trylogii czytałem podczas służbowego wyjazdu do Wilna. Książkę jak zwykle obłożyłem w szary papier, żeby mnie nikt z niczym nie identyfikował – i czytałem w autobusie lotniskowym, w poczekalni, w samolocie i w taksówce z i na lotnisko. Nie starczyło na lot powrotny. Potem długo musiałem czekać. Grochola napisała dwie książki, które były marne – o jakiejś grupie przyjaciół – nie zidentyfikowałem problemu, i o bitych kobietach przez mężów – nie wiedziałem, czego ode mnie w tej książce chciała. Ale pisała świetnie – tylko o jakichś światach mi niedostępnych. Stale uwielbiałem jej kompozycje słowne. I czekałem. Doczekałem się: Kryształowy Anioł. Perfekcyjny timing. To o czym pisała dotyczyło mnie tu i teraz. Zdrada. Egoizm uczuciowy. Poczucie niedocenienia. Wszechobecna zdrada. Miłość niespełniona i beznadzieja miłości. Połknąłem ponad 500 stron w ciągu jednego słonecznego weekendu właśnie rok temu – i to na siedzeniu pasażera podczas wyjazdu na malownicze Mazury. Na ogół robi mi się podczas czytania w samochodzie niedobrze. Ale nie wtedy. Tę książkę mam stale w głowie. Do tego stopnia, że boję się zajrzeć do najnowszej Grocholi.

Na pogodzie, polityce i reklamie znamy się wszyscy. Więc ochoczo zabieramy głos. Tym razem bronić będę krytyków promocji naszego kraju jako miejsca obfitującego w pola golfowe, dobre wino, wspaniałe i luksusowe restauracje i hotele. (Taka kampania przetoczyła się jakieś 3 lata temu przez odpowiednie media zagraniczne docierające do turystów) Jako w miarę aktywny turystycznie jegomość też w rodzimych stronach muszę powiedzieć, że owszem przechodziłem ostatnio obok jakiegoś pola golfowego (było nawet bardzo oględne z miłym widokiem na morze) – ale to było w Szkocji i nad Morzem Północnym. Całkiem przypadkiem akurat było po drodze do Tamtalon Castle. U nas przez przypadek obok jakiegoś pola golfowego nie udało mi się jak dotąd przejść albo przejechać – owszem pola były i to nawet żyzne – buraczano-kartoflane. Dzisiaj byłem na dworcu Warszawa Wschodnia. Oczy z daleka uśmiechnęły mi się do czystej modernistycznej bryły budynku. Już w środku uśmiech ustąpił silnemu doświadczeniu egzotyki i następującym przemyśleniom: po co jest tu tak dużo tabliczek wskazujących toaletę – skoro fetor moczu jest tak silny, że ma się wrażenie być w jednej wielkiej kloace. Będąc w Lizbonie miałem małą motywację do studiowania dzieł impresjonistów w jednym z najwspanialszych muzeów, w jakich dotychczas udało mi się być – z prostej przyczyny – po prostu wiedziałem wtedy, że za tydzień będę w Musee d’Orsay w Paryżu i się napatrzę na to, ile wlezie. Czyli, gdyby Portugalia chciała się promować jako skarbnica europejskiej sztuki nowożytnej – to mało która ryba na tego robaka by się połakomiła. Tak z tym polskim luksusem winniczno-golfowym - w tym segmencie może nie wytrzymać dość dobrej konkurencji choćby oklepanego Lazurowego Wybrzeża, Toskanii and co. Czemu zatem nie pokazać w reklamówce warszawskiego dworca wschodniego zachęcając: „oszczędzaj kilometry i koszty podróży – najefektowniejsze slumsy Europy zwiedzisz bezpośrednio po opuszczeniu pociągu. Oto egzotyka, w której dworce Europy na zachód od Wisły nie mają co myśleć o konkurencji. Inne hasło reklamowe: „Chcesz przeżyć dreszczyk emocji zagubienia w samym centrum Europy? -To proste – wysiądź na jednym z warszawskich dworców z pociągu i spróbuj znaleźć drogę do właściwego wyjścia – ani jednego napisu w innym niż rodzimy język – a przy tym tyle egzotyki po drodze. Nie musi być od razu dworzec Warszawa Wschodnia. Nie rzucaj się od razu na głębokie wody. Międzynarodowy dworzec Warszawa Centralna w zupełności wystarczy, by pobudzić krążenie adrenaliny w żyłach. Tylko się pospiesz – to kolejna z atrakcji zagrożonych likwidacją. Kontrakt na remont dwóch warszawskich dworców już podpisany. Euro roku 2012 pozbawi nas tej niepowtarzalnej indywidualności. Czym wtedy będziemy wyróżniać się na tle zunifikowanej Europy? 

Dworzec w Lyonie


  • RSS