monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2010

To było raczej towarzyskie wyjście do kina niż ochota rozstrzygnięcia, czym różni się Avatar rozszerzony od the real one. Ponieważ oryginał obejrzałem jakieś pół roku temu, to nie zagrałem ze sobą w „znajdź różnicę”. Jeśli ktoś nie jest miłośnikiem wielokrotnego oglądania tego samego – to śmiało na tym jednym, dziewiczym (jakże to słowo pasuje do tego filmu) razie może poprzestać. Urok znajomości tego, co się wydarzy polega na tym, że można się bliżej i uważniej przyjrzeć temu, jak się dzieje. No i więcej miałem czasu na rozważania własne. Jedno z nich oddaje „Kiedyś wreszcie będziesz musiał się obudzić”, które ja trawestowałem sobie na „Kiedyś sen się skończy”, lub „Do czego to prowadzi”. Muszę powiedzieć, że dzisiaj mnie ta obawa już nie wypełnia. Dzisiaj wreszcie nie zaprzątam sobie głowy, co z tego będzie – koncentruję się na tym, żeby miało szanse być, żeby chciało być – a nie, żeby je wtłoczyć w progresję mimo czyjejkolwiek woli. W filmie jest kilka takich uniwersalnych (co z tego, że mocno wyświechtanych i ocierających się o banał) zdań i zwrotów akcji – porwanie się na nieosiągalne – i zdobycie tego – osiodłanie ognistego ptaka – zmienia całkowicie bieg życia. Bez zastanowienia co przyniesie, podstawową potrzebą była chęć uzyskania zmiany i przekonanie, że to może być tylko zmiana na lepsze. O! miewałem tak w życiu – i ten banał, i jego prawdziwość teraz kocham. Ktoś na swoim profilu napisał, że jeżeli jakaś metoda nie przynosi oczekiwanych rezultatów, to nie należy jej z większym wysiłkiem powtarzać, ale po prostu zmienić – wziąć od życia, co się potrafi i czuje, niż zmuszać się do czegoś w poczuciu, że się to musi lub powinno. Nie stałem się w przeszłości nigdy zadowolony lub szczęśliwy z potrzeby powinności. Radość mi dawało, że nagle moje głęboko tkwiące coś we mnie miało prawo się obudzić i zrealizować… Tak trochę jest z tym Avatarem – ten sen, z którego wieszczono mu konieczność wybudzenia się mógł stać się jawą. Nie prawda, że będzie się z tego trzeba wybudzić. Nie musi tak być. To może być prawda, jeśli żyjemy przejęci strachem. Zmiana okoliczności zewnętrznych to w moim nastawieniu do świata szansa (oportunity), że świat chce porzucić jakiś szablon na korzyść dla mnie – ja muszę tę szansę dostrzec i chcieć ją dla siebie wykorzystać. Pytanie do jednego z czytelników: brak garsoniery oznacza utrudnienia relacji tylko wtedy, jeśli relacja wynikała głównie z tego, że była garsoniera. Nos dla tabakiery?
Nigdy bym nie zgadł, że tak pogodnie przyjmę nadejście jesieni. Nigdy znaczy na ogół – mierząc do tego, co o sobie zdążyłem wcześniej się dowiedzieć. zeszłoroczna jesień była pochmurna – bo w lato dostałem mało lata. Tego lata dostałem więcej niż mogłem się spoedziewać – ze spokojem oczekuję szansy na wyjście z letniego szablonu ku nowemu – trzeba po lecie rozbudzić zmysły nowymi bodźcami – nie znaczy gorszymi. Szczęśliwy latem chcę pokochać nowość zimy, poczuć radość zimowego ciepła. Czy lato we mnie musi się skończyć? Dzisiaj myślę, że ta zima przyniesie dużo ciepła. Bo tak chcę.

Jak musical

Brak komentarzy

W Mamma Mii są dwa kawałki, które, gdy włożę tę płytę, słucham naprzemiennie. „And now you’re working in a bank,
The family man, a football fan, And your name is Harry, How dull it seems …” Myślę, że jeden ze stałych czytelników tego bloga prawie się  żachnie, jak prosta piosenka ABBY może być uniwersalna. Ten drugi kawałek ma nawet bardzo wymowny tytuł, ale najbardziej uderzający fragment jest ten:
„What happened to the wonderful adventures
The places I had planned for us to go
(Slipping through my fingers all the time)
Well, some of that we did but most we didn’t
And why I just don’t know”
Do tego kawałka dorzuciła swoje trzy grosze Szwaja w chyba „Dziewice do boju”, a może w „Zatoce zatrutych jabłuszek” – już nie wiem dokładnie – ale pamiętam, że pomyślałem „dość” i stwierdziłem, że rzeczy nie będę odkładał na potem, jeśli nie będzie ku temu konkretnych powodów. Nic zatem nie uzasadniało niepojechania w pojedynkę do Londynu, a potem do Paryża… I nagle dotarło do mnie, że gdzieś generalnie zamarudziłem w życiu… Jesienią wybierałem się do Andaluzji – powód przesunięcia jest konkretny – Andaluzja jako zwiedzanie miast jest piękniejsza wiosenno-zielona niż jesienno-wypalona słońcem. Przyszło mi do głowy, że przełamując się rok temu wytworzyłem w sobie po prostu nowy schemat działania. NLP w czystej postaci. Runął w mojej głowie kolejny mur. Cieszę się, że sobie to uświadomiłem, bo zbieram siły do przebicia kolejnego – amerykańska wiza. Dzisiaj dostanę papierki z miejsca zatrudnienia wraz z jakąś opinią. Dziś też mój fotograf strzeli mi fotę i w weekend znowu siądę do wypełniania wniosku. Właściwie plan wyjazdu mam w głowie. Terminy też. Po prostu muszę się tam wreszcie kopnąć.
A w międzyczasie – walcząc z murem tego schematu – poprzedni, który już tak świetnie działa – zorganizował mi tegoroczne Halloween. Będzie w Amsterdamie. 30/31 października to wspaniała data na ucieczkę przed ogólnokrajowym kotłem komunikacyjnym i odcięciem mnie od świata przez zamknięcie głównych dróg wyjazdowych z mojego domu – bo cmentarze. Bilety lotnicze w ostatni weekend października są za grosze – myślę, że nie tylko do Amsterdamu;) I nie tylko bilety lotnicze – centralnie położony na Damie Krasnopolski – też jest w promocji… A kiedy się wybiorę na cmentarz?

Inception

Brak komentarzy

Filmu nie polecam. Incepcja trwa za długo, jak na to, co się w niej dzieje. Gdyby ten pomysł realizował Machulski w czasach socjalizmu, to obecne 154 minuty odchudziłby pewno do 72 (już choćby z racji oszczędzania taśmy). Soderbergh zrobiłby z tego pewno teledysk – co z tego, że zrozumiały dopiero po dziesiątym i to wnikliwym obejrzeniu. Lubię jednak ten film, bo mi też zasiano w głowie myśl, która się rozrosła do wielkości sekwoi amerykańskiej (przykład drzewa nie jest przypadkowy). Właściwie tych myśli zasiał mi w głowie więcej. Oczywiście nie tylko on, ale on mi najskuteczniej i na moją własność zasiał myśli turystyczne. Wcześniej po prostu zazdrościłem czegoś innym i chciałem to też mieć. Więc wspinałem się na palce, by po to sięgnąć. Często rozczarowany wynikiem – bo nie robiłem tego tak naprawdę dla siebie. Zasiał mi w głowie myśl, by robić rzeczy dla siebie. Ze to nic złego, że nie potrzeba moralnego uzasadnienia, że ono nie istnieje, że rzeczy i tak robimy dla siebie, tylko puszczamy na to zasłonę dymną. W dzieciństwie proces wychowawczy za wszelką cenę stara się to z nas wyplenić. Zastanawiam się, czy ludziom w dzieciństwie pozostawionym sobie (do pewnego stopnia) nie jest łatwiej zachować tego własnego jankomuzykantowego kręgosłupa i iść nawet w późniejszych latach za tym, co im w środku gra. Na moje 38 urodziny dostałem życzenia, bym znalazł siebie. Chyba powoli się spełniają. Bez tupania nogą i bez robienia komukolwien na złość sięgam po to, czego ja chcę – aż i tylko po to. Co zasiało we mnie myśl o tym, żeby się przemóc i ubiegać wreszcie o tę wizę amerykańską, do czego nie mogę się nakłonić już prawie od roku? To maleńkie słówko „wreszcie” wypowiedziane blisko rok temu. „Idź wreszcie po tę wizę!” W ten weekend przeczytałem dwa razy info na stronie dla ubiegających się o to. Wewnętrznie ciągle nie mogę zaakceptować tego udowadniania, że nie jestem wielbłądem. To, co we mnie gra, burzy się temu zbieraniu papierków – że chcę tu wrócić. Bo tu chodzę do roboty, bo tu mam gdzie mieszkać, bo, bo, bo… Przecież to udawadnianie racjami najniższych szczebli hierarchii Masłowa. Powrócę tu, bo reszta rodziny tu jest? Powrócę tu, bo mam tu dom, mieszkanie, samochód? A cóż to niby jest za powód, jeśli ten dom, mieszkanie, samochód nie potrafił sprawić, że żyję tak, jak mi w duszy gra – przynajmniej nie na wszystkich registrach i nie we wszystkich oktawach. Sprawdzę zatem co grają tam daleko (8-12 października – termin, który mi najbardziej pasuje), jeśli będę w czasie osobistego wywiadu u konsula wiarygodny, że najchętniej to bym stąd w ogóle nigdzie się nie ruszał – a czy wrócę? Co za pytanie…
Wymyśliłem, że hotel powinien być na wysokości 5 i 6 alei na ulicy o w miare wysokim numerze – optymalnie gdzieś koło 30-40 – to byłoby blisko do Central Parku i do wszystkiego. Jeśli nikt nie zgłosi antyrekomendacji to zarezerwuję Wollcott Hotel przy 31 Str, czyli po sąsiedzku z betonowym ołówkiem. Mój ulubiony to Crysler – Art Deco, prawie jak od Tamary Lempickiej i Madonny

W określonych grupach produktów (moda, używki – w tym słodycze, napoje i przekąski) lubię, gdy reklama puszcza do mnie oko. W pozostałych – lepiej niech produkt będzie genialny;). Biały ma w sobie to coś.
 

Birgit

Brak komentarzy

Miała chyba najwięcej odwagi ze wszystkich moich damskich znajomych. Nie dość, że byłem obcokrajowcem, to jeszcze zakompleksionym i w dodatku nie robiącym żadnych widoków na powodzenie działań ofensywnych w moim kierunku. Chodziliśmy na ten sam wykład i seminar z leksykologii. Miałem chyba jakiś referat. W każdym razie uznała za dobre posunięcie kilka tygodni po moim wystąpieniu odnieść się do tego. Od słowa do słowa – powiedziała, że zaprasza mnie w piątek wieczór do jej dwójki znajomych. Ten znajomy – bardzo osobliwy (nie student – już samo to było niefajne i faux pa) gotował spagetti z tuńczykiem. Rozmowa się nie kleiła, bo nie miałem pojęcia (prawda, że jestem uosobioną naiwnością) w jakim charakterze tam byłem i czego Birgit po mnie się spodziewała. Poszliśmy w czwórkę do kina – za Chiny sobie już nie przypomnę tytułu – ale wiem o czym było - było o gościu, który uwielbiał się przebierać w damskie fatałaszki, mimo że żył w tradycją uświęconym związku małżeńskim. Rajcowało go przebrać się i wyjść w perfekcyjnym damskim outficie na ulicę. To był rok 1991 albo 1992. Po kinie pożegnałem się i poszedłem do domu. Najzabawniejsze jest – że na drugi dzień nie pamiętałem o akcji. To było wtedy łatwe – nie było telefonów i internetu. Birgit dorwała mnie jednak gdzieś na Campusie kilka tygodni później (jak ten czas wtedy niespiesznie biegł) i zaprosiła na piwo w mensie – bez możliwości stawienia jej sprzeciwu. Przy którymś z kolejnych spotkań – powiedziała, że jedzie z chłopakiem którego poznała na weekend do Schwarzwaldu. Poczułem, że kamień spadł mi z serca. Najśmieszniejsze jest to, że nie z powodu, że mnie nie ekscytowały kobiety. Wtedy nie miałem o tym pojęcia. Birgit była po prostu brzydka – i wszystkie inne moje znajome, z którymi spotykałem się z wielką przyjemnością – naśmiewały się otwarcie (oczywiście nie bez zazdrości kobiecej) z mojej „nowej przyjaciółki” jak ją określały. Do dzisiaj podobno domyślam się ostatni, że ktoś mnie bardziej lubi. Do dzisiaj z przyjemnością mam telefon po pracy daleko od siebie…

Nago

Brak komentarzy

Radeczku, z którym dzieliłem 2-pokojowe mieszkanie w czasie studiów już wtedy był dla mnie jak z innej planety, mimo że jeszcze nie wiedziałem, że ja w ogóle jestem z innej bajki. Nie imponował mi jego maczyzm, a on sam w  żaden sposób mnie nie pociągał i nie intrygował. Raczej irytował. Mimo, że razem mieszkaliśmy tylko przez rok, tych bardzo sporadycznych momentów, gdy wchodziliśmy w interakcję starczyłoby na kilkadziesiąt minut barwnych obrazków komedii braci Cohen. Namaluję kilka z nich tu niebawem. Od kilku tygodni przebiega mi przez myśl wspomnienie jednej z naszych rozmów między łazienką i kuchnią. To było chyba listopadowe święto (23 listopada), tzw Bet- und Bustag (które potem zniesiono). Mimo, że Radeczku mieszkał stosunkowo blisko od granicy, to też nie pojechał do domu. Po prostu byliśmy na Wszystkich Swiętych w domu i kolejny wyjazd jakoś byłby nadmiarem. Zapewne z braku lepszego zajęcia lub towarzystwa graliśmy chyba w karty wymieniając się życiowymi doświadczeniami 21-latków. Radeczku powiedział mi wtedy coś, co wstrząsnęło moim oglądem świata i mnie samego. Gdy mija jakąś laskę na ulicy (niekoniecznie miss świata), to się zastanawia jak by z nią to robił. Brunetki z długimi włosami lubił brać od tyłu, po prostu lubił długie czarne włosy. Fantazjował, że dziewczyny z fajnym biustem sadzałby chętnie na jeźdźca. Szczupłe i drobne – na stojąco lub stole kuchennym… Potem w trakcie dnia poszliśmy po coś do stacji metra. Radeczku czuł potrzebę dalszego ilustrowania swoich fantazji i opowiadał mi na bieżąco, na co miałby ochotę z mijanymi dziewczynami… Byłem nie tylko zszokowany bezpośredniością jego mówienia o tych sprawach (które w tamtych czasach nie były tematem rozmów nawet między kumplami). Zacząłem się mocno nad sobą zastanawiać. Dlaczego ja tak nie mam? Wymyśliłem na prędce, że ja po prostu chyba patrzę głębiej. Na to emocjonalne w człowieku. Ze tu szukam pożywki. Z perspektywy ostatnich lat, a coraz bardziej tegorocznego, przepięknego i słonecznego lata myślę, że bez wątpienia ekscytuje mnie to w środku człowieka, ale brak chodnikowych fantazji wtedy wynikał z tego, że nie przyszło mi do głowy, by spojrzeć na drugą stronę chodnika. Zdobycze rewolucji mentalnej ostatnich czasów i rozwoju mojej samoświadomości tudzież samoakceptacji mocno motywują mnie do szerokiego oglądu ulicy i chodnika, oczywiście po właściwej jego stronie. Uwielbiam lato, bo ono pokazuje więcej, a na ulicy dba o powściągliwość cielesnej prezentacji. Może nie wyobrażam sobie zawsze, co i jak z którym bym robił, ale z błogością oglądam wszystkie ciała. Gra mięśni, kolor skóry, czasami obfity (jakże słodziutki brzuszek) i te pobudzające wyobraźnię krótkie spodenki, koszulki na ramiączkach, bejsbolówki, okulary przeciwsłoneczne, trampki. Wiem dlaczego nie lubię plaży – bo tam byliby albo całkiem nago, albo tylko w majtach. Nic nie pozostaje do pofantazjowania. Ulica zaś aż iskrzy od fantazji, bo właśnie nie jest nago, mimo, a właśnie tak sympatycznie poodsłaniana latem.


  • RSS