monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2010

Jeśli w ten weekend padnie propozycja kina, to będzie to Eat Pray Love. Opornie mi idzie czytanie – tylko dlatego, że jestem jeszcze zbyt w ruchu, a jeśli nie, to muszę odsypiać czas bycia w ruchu. Tej książki nie jestem w stanie odłożyć z ręki z własnej woli. Cała jest jakby napisana przeze mnie, tylko za 2 lata. Zawsze staram się przeczytać książkę przed obejrzeniem ekranizacji, ale w wypadku tej – i tak ją przeczytam z przyjemnością, nawet po zobaczeniu, jak odebrał ją kto inny i namalował na ekranie. Zapytany o moją poprzednią tęsknotę w pierwszym momencie nie zrozumiałem o kogo chodzi. Usłyszałem słowo, ale nie umiałem przykleić do emocji. Moje postrzeganie zawsze szuka najpierw w emocjach. Gdy ten zbiór okazał się pusty, rozejrzałem się po faktach. Fakt jest. Dostałem od niego na początku sierpnia maila w wysyłce typu „undisclosed recipients” – tylko około 10 zdjęć smogu pod Moskwą. Zanim otworzyłem maila chwilę zastanawiałem się, kto to jest to nazwisko i imię. I znowu to fakty musiały przywołać emocje. Emocja była bliska zniesmaczeniu. Jak na myśl o sushi na drugi dzień po przygotowaniu. Klawisz „do kosza” nacisnął umsył – po co trzymać nie ogrzewające emocji przedmioty? Emocji nie było. Wszystkie zdjęcia rok temu usunęły emocje, bo umysł nie umiał w środku mnie zbudować sobie stabilnej pozycji. Dostałem mądrą pomoc z zewnątrz (o której napiszę w blotce „excessive”). Czy mam zamglone oczy, gdy przywołuję te fakty? Nie wiem jak wyglądały teraz – ale faktycznie czułem tę wilgoć przed ponad rokiem, gdy o tym fakcie opowiadałem. Nie czuję jej teraz, ale widoku nie kontroluję. Pozwalam dochodzić umysłowi do głosu. Dobrze mi z nim. Nie jest taki zrywny jak emocje i nie ogrzewa tak szybko, ale płomień umysłu starcza na bardzo długo i nie wypala się w taki słomiany sposób. Grzeje bardzo mocno. Nie tępię we mnie namiętności, ale temperuję jej pazerność. Ona potrafi pożerać ciasto zanim wyrośnie. Ona zjada jeszcze niedojrzałe maliny i ledwo co zarumienione jabłka. Chcę z rozwagą pielęgnować owoce, by miały szansę dojrzewać.

Photoshop

Brak komentarzy

Kawa w kawiarni Cava na Nowym Swiecie. Lubię to miejsce. Ostatnio siadłem wzrokiem w kierunku korytarza zakończonego toaletą. W pewnym momencie tracę wątek konwersacji, by powiedzieć: „Przepraszam Cię, ale tam jest ktoś znany albo ktoś, kogo ja znam, ale zabij mnie nie umiem wpaść na to, kto to”. Odpowiedź: „Zaczekaj niech tu dojdzie, nie będę się ostentacyjnie obracać na kogoś”. Gdy postawny jegomość znalazł się na wysokości naszego stolika mój kawiarniany kompan powiedział: „Wojciech Fibak”. „Uff - pomyślałem – dobrze, gdyby był z kategorii moich znajomych i mnie też znał, nie byłoby szansy, że przypomniałbym sobie, kto zacz”. Poznałem go w Vivie. Gdy poznał w Bristolowej Malinowej 19-letnią studentkę historii i się z nią pobrał promując otwierany wówczas lokal w podziemiach Wielkiego. Rzeczywistość okazała się wredna.

Pani Monika – architekt, która tu gościła już w styczniu albo lutym (nie chce mi się sprawdzać). Byliśmy tydzień temu w Kołobrzegu – wraz ze 120-osobową grupą konferencyjną. Pani Monika zgodziła się użyczyć swojego wizerunku do gazety korporacyjnej szacownej firmy. Umówiliśmy się na mały shooting. Panie Pawle, tylko proszę tak, żeby bez zmarszczek. Mi bardziej chodziło o to, żeby było ładne słoneczne światło – wtedy tak łagodnie rozświetla rozmyte tło. Zdjęcie wyszło znakomite. Ale rzeczywistość dla Pani Moniki była łaskawsza niż spostrzegawczy obiektyw. uff. Dużo zmarszczek. Otworzyłem Photoshopa. Wygładziłem. Ale tak brutalnie. Na gładko. Spytałem mojej koleżanki w biurze, czy jak pokażę to Pani Monice do akceptacji – to czy się nie obrazi, że tak modyfikuję rzeczywistość. Moja koleżanka powiedziała – „będzie szczęśliwa”. Pani Monika odpisała w ciągu 2 minut: „Panie Pawle, chciałabym w przyszłości, żeby tylko pan mnie fotografował. Oczywiście zgadzam się na wykorzystanie zdjęcia w mediach.” Hm – małe kłamstewka, chwilki szczęścia;) … To nie prawda, że chodzę na wciągniętym brzuchu.

Pamięć

Brak komentarzy

Wczoraj, gdy skończyłem telefoniczne droczenie się z kimś na tematy służbowe, dostrzegłem że w trakcie tej pyskówki wszedł jakiś sms. Nie wiem, czy z równowagi wyprowadziła mnie nieznośna rozmowa, czy 4 słowa nadesłane do mnie przez mojego brata. Kazik S. nie żyje. Kazik chodził ze mną do podstawówki. To był ktoś, kto pierwszy raz (i chyba jedyny) powiedział o mnie publicznie – znaczy przy całej klasie na jakiejś godzinie wychowawczej „przyjaciel”. To było w czwartej klasie. Po podstawówce całkowicie rozeszły się nasze drogi. Moja matka czasami coś powiedziała o Kaziku, co zasłyszała - on też wyprowadził się z tamtej miejscowości. Nie wiem nawet jak dorosły Kazik wyglądał. Wczoraj wieczorem dowiedziałem się od mojej matki, że miał dwóch synów: jednego 16-letniego i jednego poniżej 10 lat. Właśnie ten młodszy był z nim w domu w ciągu dnia, gdy Kazik osunął się. Podobno chłopak od razu zawołał dziadków, a ci bezradną pomoc. Kazik pracował w policji, powiedziała mi moja matka wczoraj. Mam przed oczami Kazika z czwartej klasy podstawówki. W granatowym fartuchu z wymiennym białym kołnierzykiem. Kazik był wysokim chudzielcem z długimi nogami w przykrótkich jeansach (jak szybko wyrastał…) i z przykrótkimi rękawami. Zmierzwione, kręcone włosy i niesamowite poczucie humoru. Kazik nie istniał w moim życiu przez ostatnie 25 lat. Ale jest teraz w środku. Chcę go poznać. Poznam.

Bez zdjęcia, bo każde byłoby pod tym wpisem niestosowne.

Nie pomyślałbym, że jestem takim laikiem, jeśli chodzi o posługiwanie się mową ojczystą. Bo z tym, że jestem laikiem geograficznym, zdołałem się pogodzić z otwartą przyłbicą. Wielu światłych rodaków zachęca np.: „Jest chłodno. Zabierz ze sobą ciepły swetr.” Wprawdzie dawno już nie słyszałem tego zdania, ale to na nim właśnie podręczniki poprawności językowej i wielu felietonistów  wyjaśnia zjawisko ruchomego „e”, które jest winne temu wykolejeniu mianownika. Mnie ruchome „e” dopadło w Rzymie. W Rzymie, do którego ni z gruszki ni z pietruszki właśnie zamierzam się udać. Dlaczego akurat tam? Bo tam pojechała Amerykanka, która szuka siebie pisząc „Jedz módl się kochaj”. Rzym skreślałem podczas ostatniego lata przeszukując lotnicze okazje. Może dlatego, że tam już byłem, a jest tyle miejsc, gdzie być może udać się już nie zdążę. Amerykanka maluje Rzym jako czystą przyjemność, a taką rekomendację trudno zlekceważyć – temu przecież służyć mają city breaki. Rzym jest poza tym dużo tańszy od Paryża, Londynu i Oslo. Może Rzym ma coś w sobie z zalotnej i filuternej Barcelony? Amerykanka jest zauroczona tamtejszymi facetami – ona musi wiedzieć, co pisze – w końcu też jest rakiem. I też miała słabość do męskich bliźniąt. Z przyjemnością sprawdzę tę rekomendację w pierwszy lub drugi weekend grudnia. Metropolia nad Tybrem, bo płynie przez nią Tyber (choć dałbym głowę, że to „e” powinno wypaść z tego mianownika.

Ikea

Brak komentarzy

Fragment tekstu autopromocyjnego z profilu na randkowym portalu: „Well educated, good looking, intelligent, open minded”.
Fragment tekstu autopromocyjnego z sms-a po roku: „Nie mam żadnych planów. Jestem w podłym nastroju”.
Fragment tekstu autopromocyjnego z tego samego profilu na randkowym portalu po roku wciąż jest bez zmian.

W liceum w 3 klasie nie do końca rozumiałem tę obleśną scenę, jak ją wówczas odebrałem, z „Rybki zwanej Wandą”. John Cleese i Jamie Lee Curtis na schadzce. On – wyciągnięte gacie, ona: konkretna i bez pikantnego zawoalowania. Wiadomo, co będą robili. Rytuał, albo nie daj Boże, rutyna, jak po odbiciu karty po przyjściu do biura: włączasz komputer, idziesz do kuchni po kawę, przeglądasz maile… Bo że w starym małżeństwie ludzie nie krępują się przed drugim małej dziurki na skarpetce, slipów, które niedawno utraciły sprężystość i nie podkreślają już tak udanie formy zawartości, powyciąganego T-shirtu… to niektórzy się przyzwyczaili. Zastanawiam się: po co?

Ikea. Twoje życie. Ty tu urządzisz.

Rozwód

Brak komentarzy

Za każdym razem, gdy wreszcie po coś sięgnę (film albo książkę) po ponad stukrotnym potknięciu się o to (jak w piosence Anny Jantar – że trzeba się łupnąć w drzewo) – obiecuję sobie, że nie będę bronił się przed tym, co jest bestsellerem – bo przecież nikt nie robił sobie na złość coś lubiąc i płacąc za to pieniądze. A jednak mi się to nie udaje. Zawsze bestsellery w pierwszej fazie umieszczam na liście skreślonych. Tak było też z Matrix. Tak było z Marzycielem. Tak było z masą innych rzeczy, które polubiłem, a nie mogłem ich na dobre wykreślić ze świadomości i zanegować na zawsze, bo one zaczęły być odniesieniem dla kolejnych – czyli, żeby rozumieć kolejne rzeczy i autorów, musiałem się pofatygować do listy skreśleń. I takim odkryciem leżącej na wierzchu, na promocyjnym stole w każdej księgarni książki jest w ostatni weekend rozpoczęta Elizabeth Gilbert „Eat pray love”. No może robię to inaczej niż inni, bo audiobooka sobie ściągnąłem po angielsku czytanego przez autorkę (bardzo przyjemny głos), a ponieważ mój angielski nie jest na tyle dobry, żeby zrozumieć każdy smaczek, pauzę i westchnienie, to ściągnąłem dodatkowo e-booka po polsku. Delektuję się tym miłym w uchu, co czyta Elizabeth, a dla jasności umysłu wspieram to przebieganiem okiem (w oddalonej najczęściej chwili, bo już nie w samochodzie w czasie jazdy) po stronach wydrukowanego według mojej własnej koncepcji skryptu. Wmawiam sobie, że oto uczę się angielskiego. Ale ja naprawdę się tak uczę angielskiego. W ten weekend odkryłem nie tylko e-booki – że istnieją naprawdę i że można je za złotówkę kupować, to jeszcze dotarłem do niedostępnego wcześniej mojemu rozumowi ściągania filmów. Od razu cztery ściągnąłem – czyli weekend przepędziłem w łóżku na czytaniu, oglądaniu i słuchaniu – choć pogoda nie była najgorsza.
——————–
Książka pisze jakby moimi słowami:
„Uzależnienie jest charakterystyczne dla każdego opartego na zauroczeniu romansu. Wszystko zaczyna się, kiedy obiekt twojego uwielbienia obdarza cię dawką oszałamiającego i halucynogennego środka, o jakim nigdy wcześniej nawet nie ośmieliłabyś się pomyśleć – ten emocjonalny narkotyk składa się z porażającej miłości i przyjemnie drażniącej ekscytacji. Wkrótce zaczynasz łaknąć tego silnego zainteresowania równie obsesyjnie jak każdy ćpun na głodzie. Kiedy narkotyku zabraknie, natychmiast chorujesz, szalejesz, słabniesz (żeby już nie wspomnieć urazy do dilera, który przecież doprowadził do tego uzależnienia, a teraz już nie chce dostarczać dobrego towaru – mimo że ma go gdzieś w ukryciu, niech to szlag, bo przecież zawsze dawał ci go za firko). … Tymczasem stajesz się coraz bardziej odpychająca dla obiektu swojego uwielbienia. Patrzy na ciebie jakby cię nigdy wcześniej nie widział, a już na pewno nie jak na kogoś, kogo kiedyś tak namiętnie kochał. Ironia tkwi w tym, że nawet nie możesz za bardzo go winić. No bo przyjrzyj się sobie. Jesteś żałosnym straszydłem, sama się nawet nie rozpoznajesz. I tak to wygląda. Osiągnąłeś ostateczny punkt zauroczenia – całkowitą i bezlitosną deprecjację własnego ja.”


  • RSS