monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2010

Szukałem w głowie niemieckiego słowa na śnieżycę i udało mi się wygrzebać tylko odpowiednik zamieci. Przesuwając się w klatce mojego samochodu we wczorajszym korku nadrabiałem kontakty ze światem, które ostatnimi czasy mocno zaniedbałem, bo chyba za dużo fuch złapałem. Mój mobilny telefon wydatnie mi w tym pomagał. Na mój list kumpel z Nadrenii (mówi bardzo mocnym dialektem – tak jakby słuchać Kaszuba) napisał, że u nich wprawdzie też dziś śniag pada, ale zamieci nie ma. Hm – ja chciałem tylko powiedzieć, że jest śnieżyca… Wyjrzałem za okno – w sumie wiatr hulał… zostałem zatem przy zamieci. Więc – gdyby się kto pytał, to wczoraj tu hulała zamieć – nie śnieżyca. Trochę zazdrościłem tym, którzy wyjechali na przykład na Cubę, że oszczędzili sobie tej zaśnieżonej atrakcji z korkiem na ponad 5 godzin. Na ogół wybieram cele moich city breaków nie dalej niż 4 godziny połączenia lotniczego od Warszawy – tłumacząc się – że podróż do takiej Lizbony trwa krócej niż na Mazury. Ponieważ te nieobejrzane metropolie Europy (na razie celowo omijam niemieckie) mi się powoli kończą wczorajszy dzień dał mi wspaniałe wytłumaczenie do dalszych celów podróżniczych. Będę mógł powiedzieć teraz: Istambuł – to betka, będę tam szybciej niż z pracy do domu w trakcie zamieci. Zastanawiałem się też trochę po co mi blog skoro facebook jest dynamiczniejszy? Wpisy tam nie zajmują nawet 2 minut, a nad tymi do tu zastanawiam się niekiedy przez kilka dni zanim usiądę do klawiatury. To chyba jest też odpowiedź. Tu lubię się nad czymś zastanowić, a nie wypuścić parę z siebie. Poza tym tam raczej dostaję inspiracje od innych, taką niekończącą się gazetę. Te blotki tu zainspirowane są relacjami z innymi ludźmi. Ze specjalnymi ludźmi. Te tu wchodzą głębiej i są odważniejsze. Zdecydowałem się nie promować tego bloga na moim profilu na fejsie. Niech będzie takim niszowym slow-foodem;)

Wychodząc wczoraj z biura o 17:15 zastanawiałem się, czy nie wpaść na trening. Po dwóch godzinach jazdy pokonałem dumne 2 km. Zostałem poinformowany sms-owo, że moja grupa treningowa jest rozczarowana, bo nasz ulubiony instruktor nie dotarł i zajęcia o 19:45 są odwołane. W sobotę powiedziałem wychodząc z treningu, że w poniedziałki nie będę przychodził na nocne ćwiczenia – a to wciąż było jeszcze dla mnie popołudnie…, które wczoraj potrwało do 23:20 – wtedy udało mi się pokonać całą 26-kilometrową trasę – czyli po ponad 6 godzinach … przebywania w samochodzie, bo jazdą tego nie mogę nazwać. Podtrzymywała mnie na duchu Kalicińska klimatami znad rozlewiska i musiałem rzeczywiście wsłuchać się wreszcie w ten głos, żeby wyczuć klimat Trzepiecińskiej. Do tej pory słuchałem tego jakoś bez wiedzy, kto to czyta. W takich momentach czuję niedosyt, że nie widzę osoby gdy właśnie to czyta – bez filtru, który nakładają na nią charakteryzatorzy Rodziny zastępczej;)
Dzisiaj odśnieżyłem tylko wokół domu i wziąłem urlop na żądanie. Zapaliłem w kominku i już południe. Stąd te Dziady. Dotarł do mnie dzisiaj każdy wersecik. Wracam do lektur szkolnych. Wreszcie będą miały szansę mi się spodobać. Niektóre już wtedy mi się spodobały – Granica, której zacznę słuchać od przyszłego tygodnia. Mickiewiczem zachwycam się dopiero teraz. Dopiero teraz umiem się rozmarzyć tym, co miał na myśli. Fajnie te myśli poukładał. Czy starczy tej zimy śniegu na te wszystkie zachwyty?

Dziady II

Brak komentarzy

Kto nie dotknął ziemi ni razu,
Ten nigdy nie może być w niebie…

…więc odśnieżałem wokół domu i podjazd na podwórko.

Umarłam nie znając troski
Ani prawdziwego szczęścia.
Żyłam na świecie; lecz, ach! nie dla świata!
Myśl moja, nazbyt skrzydlata,
Nigdy na ziemskiej nie spoczęła błoni.

Za to po śmierci nie wiem, co się ze mną dzieje,
Nieznajomym ogniem pałam;
Choć sobie igram do woli,
Latam, gdzie wietrzyk zawieje,
Nic mię nie smuci, nic mię nie boli,
Jakie chcę, wyrabiam cuda.
Przędę sobie z tęczy rąbki,
Z przezroczystych łez poranku
Tworzę motylki, gołąbki.
Przecież nie wiem, skąd ta nuda:
Wyglądam kogoś za każdym szelestem,
Ach, i zawsze sama jestem!
Przykro mi, że bez ustanku
Wiatr mną jak piórkiem pomiata.
Nie wiem, czy jestem z tego, czy z tamtego świata
Gdzie się przybliżam, zaraz wiatr oddali,
Pędzi w górę, w dół, z ukosa:
Tak pośród pierzchliwej fali
Wieczną przelatując drogę,
Ani wzbić się pod niebiosa,
Ani ziemi dotknąć nie mogę.

Bakterie

Brak komentarzy

Już dawno połączyłem te obrazy. Bakterie namnażają się tak intensywnie, bo ich potomstwo, jako pozostawione na pastwę samego siebie ma małą szansę na przetrwanie. I nagle ten sam skrót myślowy przywołuje rzymski brat w Mine Vaganti Ozpetka 2010. Utyskuje na to docieranie do obecnego szczęścia przez tysiące spotkań i znajomości. Jest w orkiestrze taka siła do słomianego zapału. Tym bardziej cieszy siła jednej spokojnej znajomości. Bez burz. Bez smsów. Bez potwierdzania i odwoływania. Jedzie w niedzielę na trzy tygodnie i mimo, że mam wrażenie, że nie przepadam za tymi klimatami, to przywołam od czasu do czasu w tych dniach kubańskie skojarzenia. Na spokojnie. Na trzeźwo, a jednocześnie bardzo przyjemnie i zmysłowo. Dokładnie rok temu wyprawiał mnie sms-ami do Londynu i Paryża towarzysząc w nich przed weekendowym zejściem do podziemia. Te wyprawy przyniosły mi mnie nowego, który ma szansę na normalność. Samodzielnego, który sam już sobie znajduje przewodniki i częściej jeździ, niż nadąża o tym opowiadać. Tą blotką wyprawiam Go w Jego podróż, do Jego ulubionych klimatów na Cubę – które oswoił mi Bożonarodzeniowym upominkiem na DVD.

Łyk cytryny

Brak komentarzy

Podobno nie można kupić tylko Orderu Uśmiechu, bo nad przyznaniem go kolejnemu laurreatowi głosują poprzedni. W chwili wręczenia wypijają szklankę świeżo wyciśniętego przez dzieci soku z cytryny. Słuszności przyznania im orderu dowodzą promienistym uśmiechem. Pora jabłek. Jesień. Ciemno i deszcz. Zimno. Napięcie na twarzach mijanych na dworze. Nikt się nie uśmiecha. A przecież będzie tak aż do marca. Do zmarszczonej brwi dochodzi przygarbiona postawa. Zimowa frustracja? To, że brak światła dziennego – to połowa prawdy. Nikt nie odwzajemnia mojego promiennego uśmiechu. Jeśli tak ma być – to ich nie chcę. Tych skwaszonych min. Nosicieli ponurości. Zacietrzewienia. Zasępienia. Moja szklanka jest do połowy pełna, co nie znaczy, że jak przygłup się do niej uśmiecham. Jednak nad pustką powyżej napoju nie mam zamiaru rozpaczać. Zabiorę się po prostu za mozolne, ale pogodne jej wypełnianie. Wypełnię ją po brzegi. Z uśmiechem dla przyjemności. Bo po prostu tak chcę.

Desire

Brak komentarzy

Pełna nazwa to HTC Desire. Rozbawiło mnie w mijający weekend, gdy poszedłem do sklepu go obejrzeć, że przedostatnia blotka nazywała się tak samo jak on, tylko że po polsku. Ale nic nie poradzę – zapragnąłem dizajera. Telefon zwany pożądaniem. Już w styczniu na dobre pożegnam się z I-phonem. I-phone jest irracjonalnie młodzieżowy, a ja przez ostatni rok przerobiłem chyba kilka zaniedbanych lat młodzieńczego niewyszalenia i najzwyczajniej w świecie zdążyłem z niego wyrosnąć. Z I-phone’a. Pamiętam, gdy półtora roku temu w Utopii odbierałem z szatni kurtkę – stojący na schodach kilkunastolatkowie wyciskali sms-y w swoich I-phonach i sprawdzali czy przyszła odpowiedź na wysłany poprzednio. Poczułem się staro. Za staro – jak to? – ja – 20 lat starszy też mam ten sam gadżet? Pamiętam, jak kiedyś we Władysławowie odczytałem sms-a z nieswojego I-phona, bo leżał na szafce nocnej z mojej strony łóżka. Nie mogę powiedzieć, że to zepsuło mi jeszcze bardziej ten wyjazd niby-wakacyjny, ale z pewnością dodało żaru do pieca rozgoryczenia i niemej wściekłości (na siebie). I-phone ma w mojej głowie wiele cierpkich skojarzeń i negatywnie zakonotowanych emocji. Chyba puściły ostatnie wały mojej cierpliwości. Najbardziej wkurzyła mnie jego nowa cena. Jak ktoś nie wie, to niech sam sprawdzi, ile kosztuje I-phone 4. Postanowiłem przestać tolerować irracjonalność tego przedmiotu. Ta miłość przestała być ślepa. Z I-phonem odejdą wszystkie trzymane na nim zdjęcia, które do tej pory nie zostały przeze mnie skasowane, bo sposób aktualizowania na nim danych wymyka się sysemowi windowsowego myślenia. Z I-phonem na dnie szuflady wyląduje etui z delikatnej skóry. Przedmioty piękne i emocjonalnie bezwzględne. Jak Dorian Gray. Pamiętam miesiące, gdy billing odnotowywał ponad 900 smsów do tego samego numeru telefonu. Już dawno spostrzegłem, że nie wysyłam tyle smsów co kiedyś. I nie dostaję. Nie tęsknię ani za jednym, ani za drugim. I-phone w związku z określonymi zawirowaniami w moim życiu był narzędziem nagięcia mnie do czegoś, czego tak naprawdę we mnie nie było – do telefonowania i pisania smsów jako namiastki kontaktu. Już dawno odwróciły się te realcje i kontakt z człowiekiem jest znowu kontaktem z człowiekiem, a telefon służy ewentualnie do umówienia spotkania i przesłania informacji, że misio już czeka. Ciekawe jaka będzie rzeczywistość, której świadkiem będzie Desire. Na pewno nie będzie dla mnie skrzynką skąd płyną emocje. Emocje są w ludziach. Telefon, choćby tak przyjemny jak Desire, służy do umówienia się z nimi. No i do pogrania w trakcie joggingu;)


  • RSS