monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2010

Moja koleżanka z biura też była, jak przypuszczam taktycznie, chora. Czyli trzon zespołu kreatywnego uniknął nawałnicy życzeń. O ile w poprzednich latach ustawiałem w mojej poczcie elektronicznej reguły na wrzucanie do „junk-mails” maili ze słowem ”wesołych”, albo „świąt” w tytule, to w tym – postanowiłem spożytkować tę lekturę w celu przyjrzenia się manierom autokreatywno-komunikatywnym dość dużej próby biurowego społeczeństwa. Pomijam tu uprzejmym i naprawdę nieironicznym milczeniem wysyłane sms-em do całej książki adresowej wierszowanki. Ci co je wysyłają wcale ich nie wymyślają. Ot, mniej lub bardziej bezmyślnie w przypływie grudniowych hormonów – rozpleniają nieszkodliwe głupotki po sieci telekomórkowej – ku uciesze operatorów i ku nakręceniu koniunktury. Najlepsze są kreacje własne księgowych i fakturzystek, ale wisienka na torcie należy do dyrektor finansowej. Wiele uciechy sprawił nam także dział techniczny. A Prezes – mimo że polskim włada jako drugim językiem – przysłała całkiem niezły kawałek prozy użytkowej. I właśnie życzenia prezes uświadomiły mi, co jest nie tak. Dlaczego z firmowych życzeń bije taka śmieszność. Tylko prezes chciała przekazać jakąś treść, substancję – a forma była u niej środkiem do celu. Pozostali życzący chcieli pustkę włożyć w piękną formę – pocieszną do łez. Czego życzyli? – proszę bardzo: „puchowej pierzynki śniegu otulającego krajobraz” (nasz administrator, który nie wyrabia z odśnieżaniem i wywożeniem śniegu miał z pewnością uciechę), „świąt pachnących świerkiem” (ha – to mi się nie spełniło, bo ogrodnik podrzucił jodłę syberyjską słusznego rozmiaru), „przeżywania świąt w atmosferze pojednania” (to nasza finansowa apeluje, żeby się nie kłócić w domu o schedę; prawda – że to „przeżywania świąt” – jest rozbrajająco bezmyślne?”, „smaku wigilijnego barszczu” (to fakturzystki – przecież się kurwa nie da zjeść barszczu bez smaku – chyba że jest wodnisty”, „choinki rozbłyskającej światłem nadziei” (też fakturzystki – zastanawiało mnie, czy chodziło o nadzieję na ściągnięcie od klientów wierzytelności, czy może przebąkiwały o podwyżce). Nie biorę udziału w rozplenianiu tekstowej pustki przed świętami do prawie nieznajomych osób. Lubię życzyć prawdziwych rzeczy ludziom, o których myślę i których znam. Czasami nie mam odwagi im tego życzyć wprost. Czasami myślę o tym, żeby to się im spełniło. Czasami inspiruję ich delikatnie do tego, by pomogli sobie to spełnić. Jednak rozbawiony lekturą bożonarodzeniowych dub smalonych postanowiłem tę beczkę prochu podpalić z hukiem i pozwolić się pośmiać ze mnie – może ktoś wpadnie na to, jak śmiesznie wygląda jego barokowość po drugiej stronie obcego monitora pozbawionego pobłażliwości. Wyślę w czwartek do wszystkich użytkowników poczty firmowej życzenia sylwestrowo-noworoczne. Kawałek już mam – proszę bardzo – cytuję tak ze środka:
„(…) placka z nienacka,
kompana do szampana (…)…

Zyczenia na ilustracji zostały znalezione w sieci (po dwóch kliknięciach myszą) i ich zbieżność z twórczością w firmie, w której pracuję, dowodzi tylko zgubnej siły internetu na kulturę słowa. Głupota się pleni. Copy Paste.

Gdy 1,5 roku temu znalazłem sobie anglo-nativa do metodycznego i systematycznego poprawienia moich znajomości angielskiego – potrzebnego mi do swobodnego poruszania się po europejskich dużych miastach – uderzyła mnie – w nagle świadomie oglądanej anglojęzycznej filmowej popkulturze – częstotliwość słowa antycypacja. Sprawdzałem kilka razy w słowniku. Po ostatnim zwolnieniu lekarskim wreszcie poczułem na własnej skórze, co rzeczywiście oznacza. Nie mogłem pójść w czwartek na tydzień przed Wigilią do pracy, a na urlop też nie mogłem liczyć. Pewne okoliczności wykluczały w ogóle wypisanie wniosku. Jedynym rozwiązaniem było taktyczne zwolnienie lekarskie. Lekarz od chorób zewnętrznych okazał wyrozumiałość mojej niemożności, zwłaszcza że zima akurat zwiększyła intensywność. Hm… zastanowił się na głos. Na co by tu pana zachorować… Hemoroidy – podrzuciłem. Wydało mi się to bardzo sprytne. Nasza kadrowa raczej by unikała pogawędek na temat przebiegu choroby. Na wszystko siłą rzeczy opadłaby zasłona milczenia. Kobiety niechętnie rozmawiają z mężczyznami o przypadłościach d@#y. -Korzonki wydają mi się w tym względzie lepsze.- powiedział medyk. - Może Pan dostać nagle zapalenia i wręcz nie móc chodzić. Potem bierze pan tabletki i po kilku dniach wszystko wraca do normy. Sprawa niepodważalna. – Pomyślałem, że tak jak czysta i łatwa – tak mało wiarygodna dla personalnej – bo to pewno nie ja pierwszy odwalam, ale co tam – z wdzięcznością przyjąłem zaoferowaną mi pomoc. Zwolnienie miało trwać do wtorku. Tak w sam raz na wyleczenie no i uporanie się z moim problemem. Czwartek był dniem rozluźnienia. Niby mocno zajęty – ale bez biurowej rzeczywistości. Taki dzień dla siebie. W piątek jednak obudziłem się z dziwnym mrowieniem w dół – nieco jakby uciskanym pod okolicą lędźwi – dziwne – pomyślałem – przecież od półtora tygodnia nie byłem na treningu – to skąd te zakwasy. Ale jak na zakwasy to było to faktycznie dziwne. Pierwszy raz w życiu taki rodzaj bólu. Wieczorem byłem umówiony do kina. Zadna pozycja w fotelu nie była dobra. Gdy bolą mięśnie – można znaleźć taką pozycję, w której nie bolą. W tym wypadku bolało jakkolwiek usiadłem. Sobota – bolała cała obręcz nieco poniżej linii pasa w tylnych 3/4 obwodu – czyli na linii nisko noszonych majtek (jak na plaży kubańskiej np. podczas zachłannego polowania na słońce). Podzwoniłem po znajomych z kręgów zorientowanych – i szczena mi opadła – gdy okazało się, że mam rzeczywiście zapalenie korzonków. W poniedziałek pognałem do medyka, tym razem w charakterze prawowitego pacjenta. Przepisał lekarstwa i przedłużył zwolnienie (do samych świąt). Na odchodne powiedziałem – wie Pan co – dobrze, przy Pana zdolnościach – że te korzonki, a nie co innego mi Pan zaordynował.

Malaga

Brak komentarzy

Jestem domatorem. Nie widzę innego wyjaśnienia dla faktu, że po dwóch bardzo spokojnie – a przez to właśnie w ostatecznym rozrachunku – przyjemnie spędzonych dniach świąt mam ochotę na pracowity tydzień. Na dwa bardzo przyjemne dni świąt pracowałem poprzedzającym je tygodniem na zwolnieniu lekarskim. Wydawałoby się, że wynudziłem się na śmierć i że potrzebuję teraz akcji. Mnie jednak intrygowały święta w malutkim gronie tych samych osób. Było owszem pyszne jedzenie, ale jak to w tym gronie zawsze jest – nie mieszamy niczego z niczym. Moja waga to doceniła. Odwzajemniła też moją wstrzemięźliwość świąteczną do słodyczy, do której się zmobilizowałem po tym, jak łasuchując w przedwigilijnym, obolałym tygodniu trudno mi było znaleźć wygodną pozycję na krześle w moich jeansach, które nigdy nie były jakoś szczególnie opięte. W celach integracyjnych poszedłem do kościoła. Sam to nawet zaproponowałem. W kościele myślałem o tym wszystkim, co wyserfowałem na temat elektroniki użytkowej i że chcę mieć tablet jako bardzo pożyteczny sprzęt do łączenia się z internetem w czasie moich wojaży – nadal nie wiem, czy to powinien być I-pad – do tego wrócę w kolejnej blotce. W kościele myślałem też o kolejnym wyjeździe. Jeszcze przed wyjściem z domu znałem termin. Druga połowa lutego – no i fakt, że będzie tak ze 4 do 5 nocy – dłużej niż zwykle. Gdzie w lutym jest ciepło w Europie? Szkoda że nie w Madrycie, do którego pojadę koło kwietnia, bo do Madrytu można już polecieć za 300,- zł z Krakowa – dolot z Warszawy promolotem to wydatek jedynie 150,- zł w obie strony – czyli nadal supercena. Szkoda też, że nie do Toskanii – bo tam też za chłodno – a przelot z Wawy też podobnie korzystny. Cieszę się, że w kościele olśniło mnie, że właśnie luty jest perfekcyjny na kawałek Andaluzji. Rok temu na początku lutego pokochałem Barcelonę – właśnie za ten kontrast z ówczesną Warszawą. Wylatywałem z zaśnieżonego na 1,5 m miasta, w którym nie było gdzie postawić samochodu, bo wszędzie zalegały zwały śniegu – wylądowałem w 18-stopniowym uśmiechniętym mieście. Na jeszcze więcej liczę w Maladze. No i wreszcie wjadę w głąb. Koniecznie Ronda, Sewilla i Malaga. Wciąż pracuję nad drugą opcją pominięcia Sewilli – zostawienia sobie na kolejny przyjazd – ale za to pozostanie na wybrzeżu (Ronda i tak jest obowiązkowa) – czyli bardziej na zachód do Cadiz. Opcja z Cadiz – wydaje się logistyczniejsza z punktu widzenia kolejnych przyjazdów. Wtedy już nie będę jechać aż do Malagi – będę musiał wreszcie znaleźć połączenie do Sewilli za przyzwoite pieniądze. A teraz skupię się na cywilizowanym elemencie Arabskim. Najpóźniej w czwartek kupię bilet. W prezencie Noworocznym;)

Uwielbiam marynowaną pieczeń z jelenia albo z daniela w śmietanie na kwaśno. Zeby zrobić to samemu w domu bez koneksji w Kole Łowieckim trzeba zdać się na handel wyłącznie w okolicach przedświąt. Dostępność świeżej dziczyzny regulują okresy ochronne. Pewną czasową niezależność daje technologia zamrażania, ale jak mało spontanicznym kulinarnie trzeba być, żeby planować marcowy obiad już w grudniu. Inna rzecz, że epoka zamrażarek już minęła, więc też z miejscem w zamrażalniku byłyby problemy. Mimo wszystko takiego świątecznego jelenia chętnie zjadłoby się kilka razy w roku. A co ze smażonym karpiem? Czy też ktoś by miał chęć? Uszka z grzybami w czerwonym barszczu? Ja dzisiaj jadłem żur. Bo mam białą dietę. Zur z jajkiem nie barwi zębów tak jak barszcz -a ja pracuję nad ich rozjaśnieniem (Syndrom Ibisza). Czy moja Wigilia jest nieważna? Jedząc karpia pełnego ości i ociekającego tłusczczem postanowiłem w duchu, że to jeden z ostatnich razów. Generalnie jakoś nie mam ochoty na smażoną rybę. … Relacje z lotniska w Krakowie w porannych wiadomościach… trudne warunki i długo trzeba czekać na odlot. Redaktor pyta: – Dokąd Państwo lecą? Państwo odpowiadają: Do Hurghady… Pomyślałem jedząc karpia, że ci Państwo też za nim nie przepadają. Pewno za śnieżynkami (których wszyscy życzą w sobie na święta w krakowsko-częstochowskich życzeniach) też nie tęsknią. Ja też nie. Nie lubię wychodzić z domu w ten śnieg. Nie lubię wyjeżdżać w świąteczny długi weekend nigdzie. Drogi pełne świątecznych kierowców, w restauracjach oferty specjalne, a w centrach ruchu turystycznego full. Podobnie jak w noc Sylwestrową. Akurat tej nocy mam się szampańsko bawić – zaplanowawszy to 2 miesiące wcześniej. Muszę wypić szampana. Złożyć życzenia bliskim. Wysłać rymowany sms do całej mojej książki adresowej i przetańczyć całą noc. hm. Pierwsze zbuntowały się kobiety – że chcą być kobietami przez cały rok i nie chcą Dnia Kobiet. Ale już tacy zakochani póki co uwielbiają być zakochani 14. lutego. Mi nieco burzy porządek tygodnia brak sobotniego treningu, a w to miejsce jedzenie jako jedyna forma rodzinnego spędzania czasu w Boże Narodzenie. Co do Sylwestra – to już w tamtym roku przetestowałem, że doskonale nadaje się do przepracowania do 16.00, wypicia latte grande i zaśnięcia grubo przed północą. Właśnie te dwa dni w roku mamy spędzić w spokojnej, rodzinnej atmosferze i poczuć pogodną nadzieję na przyszłość (cytat z sms-owych życzeń, które dzisiaj dostałem). Dlaczego, kurwa tylko te dwa dni? Nie ma przecież już w roku żadnych innych świąt, w które ktoś by życzył rodzinnej atmosfery… Mój żur był bardzo rodzinny, mimo że pozostali przy stole jedli na czerwono.

Moi rodzice zdecydowali się pojechać na święta do mojego brata za jedno z mórz. Właściwie to moja matka bardzo chciała, a mój ojciec dał się mi przekonać – zwłaszcza, że mu chyba moje obieżyświatowanie nieco imponuje (uwielbiam go jak nigdy). Bilety kupiłem im chyba jeszcze w październiku. Zdecydowali się na jeden bagaż rejestrowany (32 kg) i oczywiście mogą zabrać po dwa bagażyki 10 kg. Postanowili w imię pomocy dziecku (mojemu bratu tam) objuczyć się po kreskę. I znowu moja matka się pobeczała jak zacząłem stawiać proste pytania: po co wzięliście 15 kg wędliny i mięsa? Twoja torebka (typu torba listonosza) musi się zawierać w bagażu podręcznym – musisz ją włożyć do tej wypchanej na ścisk małej torby. I wraz ze łzami na policzki spływa jej wyrzut – że przecież do mnie przyjeżdżała do akademika, a potem do mieszkania w Wawie i z bagażnika po kilka razy nosili prowiant… „- Każda matka chce dziecku pomóc”. Myślę i chyba jednocześnie mówię: „-Pomoc? żeby więcej zjedli? Jeśli mają jakiś problem – to nie dotyczy on za małych porcji jedzenia!” A mojemu bratu przydałoby się raczej schudnąć. Dlaczego tak jest – że mój ojciec za mojego dzieciństwa alkoholik teraz cieszy się moim najgłębszym uczuciem? A matka, która zawsze była, która się o wszystko martwiła i dzięki swoim ambicjom wypchnęła mnie na studia na które wypchnęła, dlaczego ona ode mnie tak obrywa? Strasznie się rozżyliśmy. Ja wysubtelniałem po opuszczeniu domu rodzinnego – moja matka utwierdziła się w swoim podejściu i przekonaniach. Mój ojciec po prostu nic nie mówi – dlatego tak fajnie z nim mija czas. Miga tylko oczami. Błyskotliwie. Moja matka o wszystko pyta. Boi się. Ze znowu coś powiem, że znowu zbesztam. Ona woli coś zmilczeć. Przypudrować nosek. Przystroić bibułą. Dosolić. Dosłodzić. Ja uwielbiam rewolucje. Zmienić coś z gruntu. Dobrać się do pruchnicy, wyrzucić stare i w pocie czoła zbudować nowe, które pod znakiem zapytania postawi wszystko, co było. Dlatego tak dobrze ogląda mi się jedyny obecnie śledzony przeze mnie program w telewizji – rewolucje kuchenne, dlatego taką sympatią pałam do tej zarozumiałej cholery, Magdy Gessler, która na powitanie najpierw do łez doprowadza połowę załogi w reperowanej kuchni. Tak jak ja moją matkę. Ona potem do mnie dzwoni (moja matka) – za kilka dni i mówi: wiesz – było mi przykro jak mi tak powiedziałeś – ale dzięki temu się zebrałam i zrobiłam to porządnie i jestem bardzo zadowolona. Prawdziwy efekt boli. Zachciało mi się jaśniejszych zębów. Próżność. O jakże nad ranem z ulgą oddycham, gdy zdejmuję szynę z tym wybielaczem. Najgorsza jest ta biała dieta: żadnej kawy, żadnej herbaty, tylko mięso, chleb i jogurt. Zadnych owoców czerwonych, a białych lepiej też unikać – bo kwaśne. Czuję, że mam zęby. Jeszcze tak przez dwie noce… No właśnie i co?

Mam już dla Niego prezent gwiazdkowy. Nagrałem mu CDroma z 13 wersjami czegoś co mnie wprawia w „christmasy” nastrój. Nie jest o bieli ani o śniegu. Jest o wszystkich kolorach tęczy, jest w różnych tonacjach i różnych rytmach. Moje święta są wtedy gdy chcę. A gdy nie chcę, to je przesypiam. Podobnie jak nowy rok. Z radością śpiochów w oczach. Wymyśliłem okładkę i dam mu zamiast życzeń. Puszczę tylko oko. Jak na faceta z przymróżeniem oka przystało. Hej Kolęda, Kolęda…;)
Somewhere over the rainbow
Way up high,
There’s a land that I heard of
Once in a lullaby.

Somewhere over the rainbow
Skies are blue,
And the dreams that you dare to dream
Really do come true.

Someday I’ll wish upon a star
And wake up where the clouds are far
Behind me.
Where troubles melt like lemon drops
Away above the chimney tops
That’s where you’ll find me.

Somewhere over the rainbow
Bluebirds fly.
Birds fly over the rainbow.
Why then, oh why can’t I?

If happy little bluebirds fly
Beyond the rainbow
Why, oh why can’t I?





  • RSS