monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2011

Czułem się dziwnie. Po czterodniowym szkoleniu, wszyscy jechali do domu, żeby z bliskimi rozpocząć weekend. Tylko ja uścisnąwszy każdego z osobna, prawie bożonarodzeniowo poszedłem do portierni odebrać moją walizkę i zaczekać na taksówkę. To był 4 grudnia przed ponad rokiem. Małe miasteczko pod Stuttgartem. Taksówkarz włożył moją walizkę do bagażnika i z bardzo mocnym polskim akcentem zapytał: „Wohin Fahren wir?”. – „Na lotnisko” – odpowiedziałem i prawie puściłem oko do niego. Był mocno zbity z tropu, dzięki czemu przez kolejne pięć minut udało nam się przejechać w milczeniu – bez tego debilnego – „O! Długo Pan tu już mieszka? Pracuje Pan tu?”. Lekkie płatki śniegu jakby się zmówiły, żeby właśnie na weekend zacząć malować atmosferę jak z teledysku „something stupid”. Myślałem – „normalni ludzie wracają do domu, albo schodzą do podziemia – a tylko ja zamiast na wschód – wyrywam się w przeciwnym kierunku niż dom”. Jakby z przepraszającym wzrokiem przechodziłem przez detektor metali, potem wypiłem dwa weizeny tuż przed wyjściem do samolotu i gdy doszedłem do taśmy z moją walizką na rozbudowanym Heathrow – wiedziałem, że zrobiłem dobrze. Po wyjściu do hali przylotów zobaczyłem, że Austercard kupuje się faktycznie w tym kiosku, o którym pisał przewodnik – i udało mi się ją kupić – i wiedziałem – że jestem u siebie.

I tak zostało. Down Town. On my own.

http://www.youtube.com/watch?v=Sz1SeugDcU4&feature=related

When you’re alone and life is making you lonely
You can always go – downtown
When you’ve got worries, all the noise and the hurry
Seems to help, I know – downtown
Just listen to the music of the traffic in the city
Linger on the sidewalk where the neon signs are pretty
How can you lose?

The lights are much brighter there
You can forget all your troubles, forget all your cares
So go downtown, things’ll be great when you’re
Downtown – no finer place, for sure
Downtown – everything’s waiting for you

Don’t hang around and let your problems surround you
There are movie shows – downtown
Maybe you know some little places to go to
Where they never close – downtown
Just listen to the rhythm of a gentle bossa nova
You’ll be dancing with him too before the night is over
Happy again

The lights are much brighter there
You can forget all your troubles, forget all your cares
So go downtown, where all the lights are bright
Downtown – waiting for you tonight
Downtown – you’re gonna be all right now

[Instrumental break]

And you may find somebody kind to help and understand you
Someone who is just like you and needs a gentle hand to
Guide them along

So maybe I’ll see you there
We can forget all our troubles, forget all our cares
So go downtown, things’ll be great when you’re
Downtown – don’t wait a minute for
Downtown – everything’s waiting for you

Downtown, downtown, downtown, downtown …

Z Mediolanem kojarzy mi się po prostu D&G

Poza Segowią zrealizowałem cały program. Z przyjemnością przyjadę znowu do Madrytu, żeby zrobić sobie dwie małe wycieczki – do Toledo i do Segowii. Może zatrzymam się w każdej z tych miejscowości na noc. Małe hiszpańskie miasteczka mają przyjemne i bardzo przystępne hoteliki. Pierwszy raz dobrze ułożony program pozwolił pomyśleć, że zmieściłby się jeszcze wypad do opery. No ale cóż – nie pomyślałem o tym wcześniej… Za to pomyślałem na przyszłość. Dorwała mnie rutyna i zrobiłem się zbyt pewien siebie. W Madrycie mieszkałem w samym centrum miasta na 6. piętrze z widokiem na budynek Telefoniki po drugiej stronie ulicy. Pamiętam jak kiedyś podsłuchiwałem sąsiadkę rozmawiającą z różnymi osobami na balkonie. Raz powiedziała: „słuchaj, a ja jestem zadowolona z tych ciemnych płytek w łazience. Naprawdę świetny efekt. Teraz łazienka wygląda jak w Mariotcie. … Nie, no nigdy nie byłam w Mariotcie, ale ciemna łazienka jest ekstra…” I teraz musiałem zaśmiać się z samego siebie – bo najmocniejsze skojarzenie, na jakie przywodziła mnie Gran Via z ponadproporcjonalnie, co do szerokości ulicy wysokimi budynkami – to Nowy York lat 30-tych. Co z tego, że nigdy nie byłem w Nowym Yorku – ale tak sobie go wyobrażam. Drugie nieśmiałe skojarzenie Madrytu – to Moskwa. Z tą wielkością budynków – ponad miarę. Z tym że Moskwa jest brudna i brzydka. i zacięta. A Madryt? Z pewnością nie. Madryt żyje całym kolorytem napływowej ludności hiszpańskojęzycznej: z Peru, z Columbii, z Cuby. Tych z Cuby jest szczególnie dużo. I nie wiem, czy to przez sympatię do Cubanofila, który to niebawem przeczyta, czy szczerze jakieś pierwiastki mnie dobrze się dogadują z Kubańczykami. Myślę, że to drugie. Zabawne, jak Kubańczycy od lat żyjący w Madrycie zapalczywie bronią honoru Madrytu przed wyfiokowaną Barceloną. W Barcelonie szczupli paryscy dandysi zadają szyku ulicom. W Madrycie – ciepli, przyjemni i szczerzy ludzie – którzy nie udają, że są kimś innym. Wracając do Opery: jednak szarpnąłem się na bilet na Turandota do La Scali. O cenach w Mediolanie napiszę kolejną blotkę. To właśnie ta rutyna i pewność siebie pozwoliły mi uwierzyć, że wszędzie uda się znaleźć wygodny pokój hotelowy w samym centrum miasta za całkiem przyzwoite pieniądze. Mediolan utarł mi nosa. Solidnie i drogo. Ale im więcej zdecyduję się wziąć, tym więcej będę mieć, żeby dawać.

Madryd będzie pod znakiem trzech muzeów. W piątek idę do Museo del Prado. W sobotę jadę do Segovii. A w niedzielę Museo Thyssen Bornemisza i Centro de Arte Reina Sofia. W przerwach będę jeść hiszpańskie sery i szynki. Uwielbiam.

Koń

Brak komentarzy

Po dłuższym czasie walenia konia w pojedynkę zaczynam się cieplej ubierać. Wszyscy wokół są mili i przyjemni, a ja się wiele uczę, ale mocno mi chłodno. W rękawiczkach i czapce wsiadam do samochodu albo samolotu – bo mi zimno. Brak dotyku. Opuszków palców. Ust. Języka.

Ostatnio skupiam się na pisaniu zdań za pieniądze. Ok. 4,- zł dostaję za jedno. Wszystkie muszę oddać w poniedziałek. I już mnie korci, żeby sobie zrobić przerwę na napisanie kilku linijek za free – gdy do świadomości dociera termin oddania gotowego zlecenia. A jednak wolność ponad wszystko. Ponieważ nie palę – to zrobiłem sobie krótką przerwę na pisanie tu zamiast na papierosa. I na drinka. Pierwszy raz poczułem się jak alkoholik kupując dzisiaj o 8:30 wódkę w małym wiejskim sklepiku. Chodziło mi głównie o Colę Zero, ale przewidziałem pijaństwo w dalszej części dnia i niechęć do ponownej wizyty w sklepie. Jadąc kiedyś z Marcinem pociągiem do Berlina na Mammę Mię rozmawialiśmy też o kryteriach zaliczenia kogoś do bycia alkoholikiem. Dużą wagę w badaniach otrzymywało kryterium picia przed południem. Jest dziewiąta. Drugi raz w życiu piję przed południem. Dziś wódkę z Colą zero. Nie pragnąłem smaku alkoholu, tylko tego emocjonalnego znieczulenia. Właśnie – nie jechałbym po Colę, gdyby chodziło o wlanie w siebie wódki. Wódka, whisky, wino, piwo, … w domu były. Chciałem się znieczulić po swojemu. Bo kolejny weekendowy poranek okazał się bardziej niż nieznośny. Elizabeth Gilbert napisała – „nie szukaj mężczyzny marzeń” (pisała do kobiet) – staraj się być sama, jak mężczyzna, którego pragniesz… To zdanie mam od roku przed oczami. Ono rozwiązuje większość moich problemów. I jeszcze jedno zdanie, które wypowiedział Marek: „Gdzie jest, kurwa, napisane, że masz być szczęśliwy” – które wypowiedział do siebie. Na 50% jestem zdeterminowany do wynajęcia mieszkania na mieście. Myślałem, żeby wyrzucić najemców z odnajmowanego dużego mieszkania i tam się wprowadzić – ale ja w mojej obecnej konstelacji potrzebuję tylko własnej ciszy – nieco większej niż generują zatyczki do uszu, które w domu są w permamentnym użytku – ale nie dużo większej. Pomyślałem w pierwszym momencie – to trzeba zapowiedzieć i ustalić plan gry. Bullshit. Trzeba to zrobić, bo nikt nie zrobi tego za mnie, a na pewno nikt mi nie pomoże być mną.

Te słowa wypowiedział jeden z bohaterów Happy together Wong Kar Wai’a na początku tego tysiąclecia. Usłyszałem je całkiem niedawno od kogoś, kto nie oglądał tego filmu. Trzeba zarzucić kotwicę, żeby tak naprawdę móc się wzbić pod niebo i rozwinąć skrzydła. Pamiętam, że dopiero, gdy wyprowadziłem się z akademika do mieszkania na mieście, do którego musiałem kupić węgiel, żeby palić w piecu kaflowym – poczułem się w Berlinie dobrze. Wcześniej niby mogłem robić co chciałem, wejść i wyjść, kiedy mi przyszło do głowy… ale nie robiłem tego – bo nie było stałego odniesienia, które uzasadniałoby konieczność mojego przyjazdu od rodziców po świętach tego a nie innego dnia. Gdy mieszkałem w akademiku nie było dziury wniebie, gdy wróciłem dzień lub dwa później. Od tego dłuższego pobytu w rodzinnym domu nie stawałem się szczęśliwszy. Byłem zawieszony pomiędzy, jak Cudzoziemka Kuncewiczowej. Dopiero, gdy udupiło mnie staroberlińskie mieszkanie blisko centrum – poczułem że oddycham i że wreszcie: po pierwsze wiem, co lubię, a po drugie dokąd chcę biec. Podobnie teraz – jestem mężczyzna udomowiony. Czerpię przyjemność z próby ugotowania pieczarek na boczku z czosnkiem jedzonych w Andaluzji. Podobne – choć nie takie same. Im częściej wyjeżdżam, tym bardziej chcę poczuć się tak jak na wyjeździe w domu i mieć tu pod ręką mój świat. Muszę tylko pamiętać, by podsycać obydwa bieguny mnie – bo to złudne, że osiądę na grządkach – jak nieprawdopodobne jest, że pełnię szczęścia da mi buszowanie między lotniskami. Wiedza ta pomaga uspokoić napięcia.


  • RSS