monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2011

Ogród

Brak komentarzy

To, co nakręciłem przez ostatnie miesiące, teraz będę odkręcać. „Ciebie najmniej spodziewałem się spotkać dziś na treningu” powiedział Szymon. „Nigdzie nie wyjechałeś?” „Nigdzie. Nie jeżdżę, gdy wszyscy jeżdżą, Uwielbiam Wawę, gdy jest pusta”. Drzwi tarasowe były otwarte przez cały dzień. Robiło i suszyło się pranie. Wczoraj skoszony trawnik kusił do wyjścia na dwór. Obiad na tarasie… Nie brakowało mi zwiedzania kolejnej pinacoteki albo muzeum. Mało co przebije obejrzane ostatnio w Madrycie i Mediolanie. … Zacząłem myśleć nad tym, żeby czas przeznaczyć na załatwianie formalności. Wiza. Chyba się już jej przestałem bać. Rzeczy się zrelatywizowały – bałem się, czy dobiję się do mojego biletu do La Scali. Wiza do Nowego Yorku jest tańsza – poziom desperacji opadł – więc chyba będzie mi łatwiej – psychicznie. Zastanawiam się od czwartku nad tym rozwojem znajomości. Nie umiem tego zaplanować. To po prostu będzie więcej. Tak się nagle okaże. Albo stopniowo się tak okaże – że będzie nas w naszym życiu więcej. Tego się nie da urządzić i zaplanować – jak planuje się ciążę. Nie wiem, co z tego będzie. Wiem, że dzieci z tego nie będzie.;)

TQM

Brak komentarzy

Regularnie przeglądam listę gości tego bloga. Pewien odwiedzający aż dwa razy się tu wkliknął z frazą „w co się ubrać do La Scali”. Pomyślałem, że tego brakuje moim opowieściom. Poradnictwa. Sam się zastanawiałem, jak się ubrać do tej opery. Właśnie przez La Scalę moja walizka była nieco bardziej wypchana niż na ogół. Ale nie skorzystałem z tych oficjalnych strojów. I dobrze. Do La Scali trzeba pójść tak, jak się chodzi do każdej innej opery. Jeżeli jesteś miliarderem to z kolią na szyi przepięknej blondyny. Jeżeli nie jesteś – to bez kolii – w czymś, dzięki czemu nadal pozostaniesz w tle, a nie wysforujesz się na pierwszy plan przed solistów. Generalna zasada: pozostań sobą w dobrym wydaniu. Skrót z tytułu? Total Quality Management. Wpadło mi to do głowy, gdy zobaczyłem, że piszę dla kilku (niewielu) tych samych osób. Jasne, że jakość czytelnika się liczy najbardziej. Bardzo dużo dostałem wczoraj. Chcę powiedzieć, że bardzo to cenię i chcę umieć przyjąć. To duży skarb. Dziękuję za odwagę. I za ekspresję emocji. Są odwzajemnione. Mam dużą otwartość poznania. Mam duży głód życia. Nie mam gotowych recept i mam spory dystans obronny. Dziękuję za cierpliwość i przychylność. To dla mnie też cenne i ważne. Bardzo ważne. Unikalne.

NLP

Brak komentarzy

W NLP chodzi o zakotwiczanie w głowie nowych schematów i przenoszenie ich na różne dziedziny życia lub obszary aktywności. Przenoszenie schematu wytrwałości z treningów sportowych na wytrzymałość w finalizowaniu projektów w robocie. Najfajniejszy przykład przytoczę. Pewna firma w ramach zdecydowanych przeobrażeń strategicznych chciała włączyć do budowanej kultury korporacyjnej jako jeden z jej filarów stałe podnoszenie kwalifikacji zawodowych. Oczywiście nie zapomniano o stworzeniu całego programu szkoleń dla pracowników różnych specjalności i szczebli. Problem tkwił w mentalności. Jak nauczyć ludzi, by nagle podnoszenie stanu wiedzy było u nich w cenie. By to lubili i by to miało dla nich wartość. Odpowiedź – zaszczepić u nich odpowiedni schemat zachowań (czyli klasyczne NLP). Rok przed wdrożeniem szkoleń ogłoszono wśród załogi, że firma pokryje koszty kursów w dowolnej dziedzinie, w jakich pracownicy zechcą wziąć udział w swoim czasie wolnym – kryterium było to, że ma to być kurs – podnoszący ich poziom wiedzy lub umiejętności – od makramy i glinolepienia przez fotografowanie na kosztorysowaniu energetycznym budownictwa i umiejętności wychodzenia samochodem z poślizgu lub skokach spadochronowych kończąc. Tak uaktywniony schemat działania ludzi przeniesiono na program szkoleń w firmie. Jakie schematy ja rozwinąłem i przeniosłem na moją osobowość? Podróżowanie nie służyło tylko poznaniu nowych miejsc. Owszem pierwiastek odkrywania w tym się zawierał. Chodziło jednak dużo bardziej o samodzielność i mechanizm opierania własnych działań o własne preferencje lub zainteresowania. Uniknięcie dryfowania w bezwładności nieokiełznanych czynników decyzyjnych. Wybór celu podróży, określenie zasobów, środków i programu „podboju” oraz atrakcji towarzyszących, a następnie zgodna z planem lub modyfikowana realizacja – to był ten konieczny schemat, który podbudował moje macho-ego. Nadeszło lato i mam ochotę świadomie skorzystać z uroków mojego ogrodu i salonu przysiadając na dupie – teraz jednak nie bezwolnie jak kiedyś – teraz zgodnie ze wspaniale męskim schematem – cel – środki – program – realizacja. Jestem Panem mnie. Moje NLP.

Bucket list

Brak komentarzy

Warren bawił się z nami na ostatnim angielskim w odpytywankę w stylu „What is on your bucket-list”. Każdy zastanowił się na moment, żeby nie wypaść banalnie i jednocześnie nie zdradzić się z tym, o czym tak naprawdę marzy. Nic prostszego – pomyślałem. I zaciąłem się. Na szczęście Warren bardziej wycelował w Anię obok mnie. Ona krygując się dawała mi czas na wymyślenie czegoś. Co to jest to, do czego  się zabieram i ciągle tego chcę, i na pewno bym to chciał zrobić zanim odejdę. … W ferworze dyskusji mi się upiekło. … W drugiej części zajęć Gosia powiedziała o mnie na zdziwienie Warrena, że tak dużo podróżuję: „on w pewnym momencie zaczął żyć tak, jakby jutro miał umrzeć”. Hm, pomyślałem – to może dlatego nie umiałem na poczekaniu wyrzucić z siebie, co jeszcze przede mną. Ostatnio myślę o tym, że w tamtym roku nagle w biały dzień zmarł na serce mój kolega z podstawówki. Ze mój chrzestny ma napisane na grobie „żył lat 33″. I nie żeby mnie to jakoś martwiło. Po prostu tym bardziej zaczynam wszystko chwytać w locie. Operę z gorączką. Spotkanie kogoś bliskiego mimo anginy i bez szansy na pocałunek. Cały dzień przeleżałem w łóżku zastanawiając się, czy nie przełożyć. Pomyślałem – jeśli nie to jest ważne, to co. Czas, który ktoś ma po prostu dla mnie. Nie będę głupi, żeby go nie wziąć. To rzadkie. Czas na wyłączność jest na mojej bucket list. I to, żeby go nie przegapiać.

Jak ćma

1 komentarz

Marlene śpiewała:
„Männer umschwirr’n mich wie Motten das Licht
Und wenn sie verbrennen
Ja dafür kann ich nicht”
a w wolnym tłumaczeniu:
„Mężczyźni lgną do mnie jak ćmy do światła,
A gdy się sparzą? - 
Cóż ja mogę na to?”
Czyżby to sploty przypadków? Akurat w piątkowy wieczór w Mediolanie w La Scali wystawiali Turandot. Przygotowując wyjazd, na początku odstraszyła mnie cena biletu. Po tygodniu wróciłem na stronę www.teatroallascala.org i pomyślałem, że skoro już tam jadę – to muszę. Przecież zawsze mnie to ciągnęło jak ćmę do światła - ten legendarny dom operowy. Kilka klików i zgodnie z potwierdzeniem otrzymanym na maila kupiłem najdroższy jak dotąd bilet na przedstawienie (mimo, że nie był to najdroższy dostępny bilet w La Scali). Siedząc tam wiedziałem od samego początku, że było warto. Spontanicznie czułem, że należę do tego miejsca i czasu. W poniedziałek po powrocie zadzwoniłem ot tak do kasy Wielkiego, żeby zapytać, czy nie ma przypadkiem biletów na Warszawską Turandot, która premierę miała dzień wcześniej. Owszem były. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie usłyszeć jeszcze raz Nessun Dorma i finału z tym tematem muzycznym. Gdy wczoraj koło południa dorwała mnie gorączka w okolicach 38,1°C rozum kazał spróbować pozbyć się biletu. Rozpalone emocje podpowiadały, żeby się nie poddawać i lecieć w kierunku tego światła. Angina – powiedziała internistka. Antybiotyk – wzmocniony fervexem na zbicie temperatury zażyłem od razu po wyjściu z apteki. Do domu jechałem mierząc cały czas temperaturę w nadziei, że zacznie spadać. Pseudoefedryna uruchomiła swoje koksujące działanie. Pod domem było już tylko 37,3°C. Ustało ogólne obolenie. Ubrałem się lekko, żeby nie pocić się w teatrze i jak na skrzydłach wyjechałem z domu. Nie żałowałem ani chwili tego nierozsądnego wybryku. Nikt by tego nie pochwalił – więc nikomu nie mówiłem. Na własny rachunek i odpowiedzialność z anginą utemperowaną środkami przeciwbólowymi i pierwszą dawką antybiotyku miałem po raz kolejny Nessun Dorma. To aria-pocałunek. Pokazał mi ją kiedyś Marcin - jako reklamę D&G underwear. Pocałunek przy jej dźwiękach oszałamiał jak po poppku. Zrobił się z tego nawet mały rytuał, który potem próbowałem ożywić w kolejnych znajomościach, ale ten czar nie działał. Kurowanie zacząłem dzisiaj – z przyjemnym uśmiechem do ożywionych, błogich wspomnień i zadowolony z mojej głupiej odwagi, ufając, że ten płomień do którego się wyrywam jeszcze mi nie opalił skrzydeł.

Gdy tak dzisiaj kartkowałem ciężki jak moja walizka magazyn o modzie w stolicy mody, zatrzymałem się na stronie pokazującej hotel Armaniego w Dubaju we wspaniałym wieżowcu. I pomyślałem, że sprawdzę wszystkie koordynaty i poproszę Ateny by zaczekały. Miałbym ochotę na wyjazd nie w pojedynkę. Mediolan dał mi w kość. Jak zwykle nogi wchodziły mi w tyłek – to nic nowego. Nowe było to, że w tym mieście trzeba mieć pęd i popęd do autokreacji na najwyższym poziomie. Wysiadam w tej konkurencji. Tu by się był przydał ktoś, kto jeszcze mocniej niż ja umie z tego zadrwić. Ja w sumie nie umiałem, bo poddałem się presji i biegałem w T-shircikach, wydekoltowanych z szaliczkiem i obcisłych jeansach. Przepiękne i bezwzględne miasto. Na pewno bardzo konkretne.


  • RSS