monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2011

Mało kto docenia, że wszystko w życiu idzie dobrze. Owszem, odnotowuje się euforię. Wtedy stojąc na wysokiej górze zaciąga się powietrzem i oddycha pełną piersią patrząc na wspaniałości w dole. Gdy jest normalnie przyjemnie bierze się to za obowiązek świata w stosunku do nas. Ciepły przyjemny dzień nam się należy. Na deszcz od razu narzekamy. Zeby zneutralizować odczuwane nieszczęście w czasie choroby – przez zdrową część roku zapamiętuję zdrowe i przyjemne dla ciała dni – żeby w czasie choroby odbierać jej siłę rażenia. Krytyce i cierpieniu ego przeciwstawiam komplementy, które dostaję. A takich kilka dostałem dzisiaj. Za całowanie. Za zmysłowość. Za dobre słowo i dobrze tu skomponowane zdania. Może teraz przyjść kto chce i mi nawrzucać. Oczywiście nie spłynie to po mnie - ale wspomnę pochlebców - i tego dobrego zapamiętanego będę się trzymać. Jak pijany płotu.

Do znudzenia

Brak komentarzy

Seks się nie nudzi. Po prostu się realizuje. Zrealizowany wypoczywa. Do śniadania. Do kolejnego weekendu. Do Bożego Narodzenia. Różnie. Pewne psychiczne zahamowania sprawiają, że mam z nim pewien problem. A może to tylko krzywa libido opadła?

Powiedział, że nie ma nikogo w rodzaju przyjaciela – ale jest lubiany przez kolegów w pracy. Jego azylem jest rodzina, w której życie jest bardzo zaangażowany. Nie czuje potrzeby, żeby się komuś nad sobą użalać. Ze sobą radzi sobie sam. I jest samowystarczalny. Zastanowiło mnie, że przecież nigdy by nie zobaczył mnie lub kogokolwiek innego w kamerce na cam4.com gdyby nie wybrał się na poszukiwanie wypełnienia czegoś, co nie chce być już dłużej puste. Nie skypowalibyśmy pod osłoną nocy na różne tematy luźne – o miastach, podróżach, pracy, dzieciach… Oddawałby się właśnie temu, co Go wypełnia. Samowystarczalny raczej by medytował niż szukał rozmowy i to takiej, o której nikomu w świecie jawnym nie opowie. Wzdraga się na myśl o rozwiązłości Barcelońskiej. Czy przypadkiem nie używa dwóch miar? Czym jest dla mnie przyjaciel? - to ten – przy którym zapalam iskry w oczach – który zrozumie moją pasję, radość i z przyjemnością zechce w niej mieć swój udział. To też ten, który mądrze pozwala mi się mazać – ale mądrze nie roznieca mojego żalu i doprowadza do tego, żebym wziął dupę w troki i nie gnuśniał.

Uprzejmość

Brak komentarzy

Przez wzgląd na siebie lubię być do ludzi uprzejmy. Lubię gdy jest im ze mną miło i gdy są dla mnie mili. Nie lubię, gdy nagle chcą być moim masterem lub domagają się, żeby im dokopać. Sam z siebie nie wkurwiony, nie znoszę dokopywać ludziom, moralizować i pouczać. Nie cierpię mówić „a nie mówiłem?”… i tym podobnych. Gdy zdarzało mi się kiedyś czatować na czaterii i jakiś dialog nie był w moim guście – na szybko pojawiające się w takich razach ni to pytanie, ni to konstatację „Opis” – pisałem: 164 88 15. To musiało robić piorunujące wrażenie, bo na ogół ktoś ten po drugiej stronie milkł albo się wyłączał. Gdy z kolei ja się wyłączałem w takich razach wcześniej – to ktoś jeszcze dobijał się do mnie i potrafił mi zwymyślać – czasami nawet zalogowywał się pod innym nickiem. Moskwa, która się w jakiś metodyczny sposób do mnie ostatnimi czasy zgłasza – a mi trudno wychwycić po co – przysłał list na temat swoich wojaży ostatnich i wcześniejszych z masą rekomendacji dla mnie. Hm. Umiałbym zrozumieć – że w tych wojażach, w jakiejkolwiek perspektywie jest dla mnie miejsce lub rola. Oczywiście nie ma. List kończyło pytanie, czy nie znam hotelu w Londynie godnego polecenia i że byłoby wspaniale wymieniać się wrażeniami turystycznymi. Chmara znaków zapytania przefrunęła mi przez głowę. Najpierw zaspokoiłem głód wiedzy hotelarskiej – jak się należy – to co wiedziałem, powiedziałem. I przypomniałem sobie wcześniejszy discurs interruptus – on pisał, ja odpisywałem – cisza. Wkurwiało mnie to. Pomyślałem, że gdy go zbędę – to zapewne zachęcę do pozostawania w dialogu. Odpisałem, że proszę bardzo. Na prędce założyłem bloga po sąsiedzku – oczywiście z licznikiem – jak ten i nawet dwie blotki na początek tam umieściłem. W liście o tych hotelach londyńskich zaprosiłem go do korzystania z tego bloga, gdyby chciał się dowiadywać czegoś o moich podróżniczych wrażeniach. Zapewniłem, że będę to robił na bieżąco. Odpowiedź na mój list nie nadeszła – mimo, że na bloga dwa dni pod rząd wchodzł. Cieszę się, że to zrobiłem. Cieszę się, że dociera do mnie na spokojnie, że to jakieś głupie i płaskie. Nie szalone. A właśnie Małe. I wciąż nie znam odpowiedzi na pytanie: „Po co?”

Tabu?

Brak komentarzy

Moja koleżanka w pracy (to sformułowanie odnosi się zawsze do jednej i tej samej osoby) powiedziała kiedyś: „- gdy zapada milczenie, bo wszyscy usiłują ukryć kłopotliwe coś, wiszące w powietrzu – wchodzi mój szef i bezceremonialnie pierwszym zdaniem dotyka w sedno tego, co każdego z osobna uwierało, ale każdy myślał, że musi się wstydzić tej myśli, jako nieprzystojnej – i do nikogo innego niepodobnej, bo przecież innym coś tak niskiego się nie przydarza… i nagle wszyscy są mu w ciszy wdzięczni i ożywiają się jako uważni słuchacze, gdy kontynuuje wywód.” (bardzo mi pochlebiła ta wypowiedź w moje 33 urodziny w biurze.

Jeżeli coś jest we mnie i szczerze się do tego przyznam – to dogadam się choćby z przygodnym gościem baru na końcu świata – gdy to bezceremonialnie poruszę. Gdy będę szczery sam ze sobą i nie będę mówił, że pachnie, gdy pierdnąłem i udawał, że to nie ja – bo ja przecież nie śmierdzę, gdy się spocę – to w najdwuznaczniejszych sytuacjach znajdzie się ktoś, kto tę szczerość doceni i zechce jej trochę dla siebie – bo już sam ze sobą w uwodzeniu się nieprawdziwością, która go uwiera, nie może sobie poradzić. Utrzymuję się w tym przekonaniu sformułowaniem: „W kinie śmiejemy się zawsze w tym samym momencie i w tej samej chwili rozglądamy, czy innym też zwilgotniały oczy.”

Paradoksalnie ja właśnie żyję zamknięty w społecznie skonwencjonalizowanym tabu. Co więcej – czerpię z niego pożywkę do swobodnego wygłaszania dosadnych myśli. Czyżby znowu słuszność znajdowała metafora kotwicy? Im stabilniej zarzucisz w życiu kotwicę – tym bardziej rozwiniesz skrzydła wolności… „Happy together” Wong Kar Wai-a serdecznie polecam.

Sięgające średniowiecza omurowione Casco Viejo miasta na dwóch brzegach będzie moim sąsiedztwem podczas grudniowego wypadu na północ mojego ulubionego kraju. Językowa metafora o dwóch brzegach z niemieckiego w nazwie tego miasta znalazła mało przez kogo zauważalne znaczenie. W sumie to Warszawa też by się mogła nazywać Bilbao. Niemiecki idiom – „vom anderen Ufer sein” – „Er ist vom anderen Ufer.” – „być z drugiego brzegu” – „On jest z drugiego brzegu” – to eufemizm na określenie geja. Tym bardziej podoba mi się binarność brzegów tego miasta. Zaraz na prawo z mojego hotelu jest most, po przejściu którego wchodzi się na dworzec a kilka przecznic dalej do Museo Belles Artes i Gugenheim oraz Palacio Euskalduna Jauregia. Odwiedzę wszystkie, zwłaszcza że właśnie kupiłem bilet na koncert w tym ostatnim.


  • RSS