monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2011

Francuz w Warszawie

Brak komentarzy

Musi skończyć ich dawno rozmowę smutnie nie skończoną. Na powitanie rzucam w półuśmiechu – „hm, czyli to wciąż nie skończona historia?”. Uśmiecha się i rodzaj ulgi łagodzi jego wyraz twarzy. Nie trzeba niczego zamiatać pod dywan. Można po prostu mówić o tym co nabrzmiewa – bez pudrowania, że wszystko gładko. Po pierwszej rozmowie ze trzy miesiące temu o mały włos nie wziąłem wszystkiego do siebie – że to ja nie elektryzuję rozmówcy. On po prostu emocjami jest gdzie indziej. Na szczęście miałem ruskiego – który dokładnie na tych samych registrach grywał. Polak w Moskwie. Ten teraz to Francuz w Warszawie. Mówi przepiękne zdanie po niemiecku (bo po niemiecku rozmawiamy): „Warszawa nie jest dla początkujących” – Warszawę sobie trzeba wywalczyć, wyłuskać…” I kto to mówi? Ktoś kto doskonale potrafi docenić modnych młodzieńców z paryskich kafejek, zadbanych i wymuskanych. I ktoś kto umyka Paryżowi w każdy weekend, który przerywa przyjemność pracowania. Ktoś, kto mknie do Warszawy w długi weekend Wszystkich Swiętych, bo perspektywa turysty w Paryżu po powrocie z długiego pobytu w Warszawie dla zaawansowanych go nie wypełnia. Zapytany „Jak Ci się wiedzie w Paryżu po powrocie z Polski” opowiada o pracy. Przywodzi mi na myśl mnie samego – Polaka w Barcelonie. I przywodzi mi na myśl Bliskiego rozpływającego się w pracy i w podróżach. Podróżach – ucieczce od miejsca gdzie w którym jest na co dzień. W ostatnim tygodniu poza pracą nie istniało dla mnie nic. Sukces konferencji wyczarował banana na twarzy. Za tydzień wyjeżdżam… Skoro pracy mniej – trzeba uciec z domu. Coś w tym domu uwiera. Nie mnie jednego, jak się okazuje. Wszyscy w kinie śmiejemy się i ronimy łzę w tym samym miejscu.

Szczyt marzeń

1 komentarz

Gdzie jest, kurwa, napisane, że mam być szczęśliwy? To zdanie o sobie z przeszłości powiedział kiedyś Bliski. To zdanie pasowało i czasami pasuje do mnie. Do Ciebie, który to czytasz, zapewne też. Co mnie uprawnia do zwieszania nosa na kwintę, jeśli nie zachwyca mnie to, co dostaję od życia. Może mi to niepisane? A może napisane, tylko że nie widzę, że życie chce najpierw, żebym ja w to szczęście coś zainwestował. Może wcale nie domagam się mało? A jeśli ja chcę dużo, to muszę wznieść się na znacznie wyższy poziom bytu. Im mniej koncentruję się na użalaniu nad sobą, że dostaję tak mało, a przechodzę do pracowania – nad edukacją, nad zadowoleniem pracodawcy, nad słuchaniem innych, nad zapamiętywaniem jak mają na imię i co mi już o sobie opowiedzieli, nad zwracaniem uwagi, co lubią, co ich zachwyca, a czego pod żadnym pozorem nie cierpią – gdy będąc z nimi zakładam okulary ich optyki świata, nagle zasypuje mnie grad prezentów. Ostatnio na mój życiowy układ usłyszałem w komentarzu znajomego: „I to jest szczyt Twoich marzeń”. Odpowiedziałem, że powoli nie wiem, czy to, o czym zawsze wydawało mi się, że marzę – to to, co by mnie uszczęśliwiło. Teraz, gdy nie czuję się oszukiwany, gdy mogę polegać na słowie, gdy nie wyczekuję na wyimaginowane wzloty – jest mi dobrze, bo żal i łzy, i czasami uporczywe trzymanie się tego, co mnie nie chce, nie przesłaniają mi tego wszystkiego miłego, co właśnie na srebrnej tacy podaje mi świat. Miła pogawędka, kufel piwa w spontanicznym towarzystwie, moje imię wypowiedziane w rozmowie z dopiero co poznaną osobą, rekomendacja filmu lub piosenki, pomysł na wycieczkę… Dlatego wolę prawdziwe tu i teraz silne wolą uczestników niż zadekretowaną i odpańszczyźnianą, czasem jak cierń kłującą i oszukującą przyszłość, pokrywającą zakłopotanie, że nic nie będzie jak wczoraj, unikaniem pewnych tematów, które niewypowiedziane nabrzmiewają w udawanej i zagadywanej pierdołami przestrzeni wspólnej.

W tym roku niemieckie i polskie święta narodowe świętuję w Niemczech. I co z tego, że nigdy wcześniej o tym nie marzyłem. Pewno sam nie wiem z góry, co da mi szczęście

Boska

Brak komentarzy

Pozwól rzeczywistości zatroszczyć się o Ciebie. Zaczekaj, aż przyjdzie i coś zaproponuje, zanim onieśmielisz ją swoim ponadnormatywnym zorganizowaniem i zapobiegliwością. Jeden z najpracowitszych tygodni rokku mam za sobą – z powodzeniem. W połowie konferencji – czyli po pierwszym dniu – gdy przeistoczyłem się w przewodnika niemieckojęzycznego po starym mieście i po przyjemnym wieczorze u Magdy G. już w taksówce zajrzałem na telefon, czy wszystko pod kontrolą – znalazłem bilet do teatru w sms-owych propozycjach. Moja koleżanka z biura oferowała odkupienie, bo nie miała z kim zostaiwć latorośli. Odpisałem, że biorę – zwłaszcza że wszystko na konferencji szło zgodnie z planem – i kolejny wieczór wreszcie mógł jałowo należeć do bezmyślego przepędzania. Rano przed 9 okazało się, że jeszcze jedna nie mogła i że może mam towarzystwo chętne na drugi bilet. Umieściłem o tym info na fejsie – ale poza gratulacjami nic nie nastąpiło. Alusia więc przyszła i towarzyszyła mojemu tubalnemu śmiechowi. Boską uwielbiam. Słodko-gorzką. Słodziutko-gorzką. Podobno Biała Bluzka jest wspanialsza- Boska mnie porwała i ujęła. I właśnie mi się przypomniało, co miałem zabrać do samochodu – Czarodziejski flet z Królową Nocy. ;) A na youtubie poszukać arii ze śmiechem.

Niewysłowione tęsknoty, sceny z filmu, które potajemnie obdarzamy ciepłymi skojarzeniami, fragmenty książek, które budzą nasze większe  niż inne zainteresowanie, pasaże piosenek które bezkarnie i bez dziwnych znaków zapytania współdomowników nucimy, ale z tylko sobie znaną intencją – owoc, którego się nieco obawiamy lub nie możemy na niego zdecydować, wcześniej czy później zechcemy po niego sięgnąć. Nie od razu. Nie tupnę nogą i nie powiem, że jadę do teatru do Wrocławia dziś. Znajdę drogę, żeby ten i inne teatry sobie przybliżyć. By nie być w domu o dotychczas tradycją uświęconej porze. By dać sobie przed śmiercią szansę na oswojenie tęsknot. Powiedzenie, którym od kilku lat ludziom z bliskiego otoczenia wyjaśniałem ekscesywność mojego pędu życiowego i tego, że jak coś robię, to w bezmiarze: „Gdy dostanę raka, nie będę mieć na to ochoty” dość blisko podeszło do mnie. Cieszę się, że chmury się rozwiały. Cieszę się z powrotu optymizmu Bliskiego. I znowu liczę kolejny zdrowy dzień pełen słońca, by nie zgorzknieć, gdy nadejdzie słota, że oto zawsze w tym kraju pada. Bo przecież nie pada zawsze i nie zawsze padało.

Milion ałych roz

Brak komentarzy

„Po ciezkim dniu chodzenia po centrach handlowych faktycznie o 20 poszedlem. Wczesniej w dziwny sposob natknalem sie w ksiegarni na biografie ilustrowana madonny, ktorą on tak kocha.
Oczywiscie z ta biografia poszedlem.
A butelka odnalazla sie pozniej.
Spedzilismy świetny wieczor mocny na rozmowach o nas, o kazdym z nas.
Tak bardzo jestesmy podobni i tak rozni.
I w sumie, to wlasnie on jest facetem, za ktorym tęsknię gdzies w sobie. W sensie bycia facetem.
Coś, co kiedyś mnie odrzucalo od facetów, on te cechy wszystkie ma i moze dlatego jest mi tak trudno i jednboczesnoie pięknie.
I spaliśmy dzisiaj caly dzien, ogladalismy filmy.
I bylo dobrze.

Gdzieś miedzy slowami powioedzial, zebym go zostawil a on do mnie przyjdzie, moze nawet wtedy, kiedy bedzie za pozno.
tez ciekawe, bo to oznacza, ze gdzies w srodku…
(bo przeciez powieniem sie spotykac i poznawac ludzi, bo on nie jest tego wart i nic dobreo mnie od niego nie spotka)
ale wiesz jak jest…

Zastanawiam się, czy to jest to, czego chcę na zawsze.
Morze myśli i wiem, ze niedlugo wyjade.

Ale teraz jest teraz i ciesze sie, ze jesczez jest.
I ze jestem :-)”

Z listu od dobrego znajomego. Z Moskwy. Ale nie od „tego” znajomego:)

Dignity

Brak komentarzy

Godność nie zna kompromisów i potrzebuje dużo pozytywnej pewności siebie. Zmarł Steve Jobs. Na raka. Godnie. Raka trzustki nie da się pokonać. Duży smutek. Też mój. W podróż nigdy nie zabieram prezerwatyw. Pamiętam jak wracając z Amsterdamu nagle musiałem wybebeszyć pół mojej podręcznej walizeczki – bo dziwnie się prezentowały na monitorze cebulki tulipanów, które w souvenirowym opakowaniu kupiłem dla znajomych. Kiedyś wypadły mi gumki z pocznej kieszeni torby treningowej w Gymnasionie, jak wyciągałem dezodorant. Tam akurat nie poczułem się skonsternowany, wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że potem częściej słyszałem „cześć” pod moim adresem. Zabawne. Niezabawne jest, gdy nie chcemy, by ktoś wyciągnął publicznie lekarstwo, które mamy ze sobą. Na przykład żel na grzybicę stóp. Albo inne. Smierć w wyniku zatrucia muchomorem sromotnikowym jest godniejsza niż w wyniku zakażenia HIV? Degustacja ryzykownych roślin podobnie jak ryzykowne zachowania seksualne są najwyraźniej pokusą, której trudno się oprzeć. Zastanawia tylko, skąd bierze się pewność osądzających. Bo im się udało?


  • RSS