monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2011

O 9:40 zasiadaliśmy już do stołu. Jako pierwsza gotowa była barwena na porach z winem i zupa szpinakowo-rukolowa z ziarnami pinii. O 10:10 wjechała żabnica z zapiekaną sałatą rzymską pod bekonem oraz antrykot z blanszowanymi liśćmi brukselki i pieczarkami z nutą rozmarynu. Ktoś się odezwał błogo w trakcie drugiego dnia wspólnego przedpołudniowego biesiadowania: -Niesamowite, spotyka się dziesięcioro obcych ludzi, żeby wspólnie przyrządzać i delektować się wspaniałym jedzeniem i winem. Do 13.00 przez dwa dni – po 12 dań z deserami. Już nie będę mógł powiedzieć, że nie brałem udziału w orgii. I to w jakiej. Seks, jak mawia moja koleżanka z pracy, jest chyba faktycznie przereklamowany. Niech żyje przyjemność. No może pocałunek dopełniłby tego szczęścia.

Jak zwykle w ramach rozgrzewki przed stepem po zajęciu sobie miejsca w sali poszedłem porozgrzewać się na wiosłach. Robię dwa kilometry poniżej 8 minut – a ostatnio mi tego mało, więc wiosłuję przez 10 minut. Potem 10-15 minut rozgrzewam nogi na bieżni. Coś to było za szybko, a może magnez mi kawa wypłukała, w każdym razie w dziesiątej minucie stepa po tym wstępie ni z gruszki ni z pietruszki chwycił mnie skurcz w lewej łydce – taki klasyczny. Porozciągałem go – ale nie było dobrze. Pokuśtykałem do trenerki w kanciapce. Bardzo przyjemna rozmowa z urokliwą dziewczyną. – ścięgno Achillesa – powiedziała. Ale nie urwane – bo gdyby urwane – to bym taki spokojny u niej nie siedział. Zanim dojechałem na czwórce do domu, unikając zmiany biegów – więc w miarę stabilną 60-tką, zadzwoniła Aśka – która układ prowadziła. -Czy wszystko dobrze? Czy mnie nie zawieźć gdzieś na ostry dyżur, bo przecież nie mieszkamy od siebie tak daleko? -Podziękowałem, bo marzyłem o tym, żeby pójść spać – bo noga mnie bolała. Krzysiu umieścił w naszej fejsowej grupie posta domagającego się meldunku, co z nogą. Rano Kocur dzwonił, żeby dopytać, jak noga. To już drugi raz, gdy właśnie z troski przerywa ciszę codzienności. Potem Arek, potem Piotrek. Musiałem usiąść w samochodzie, żeby nadążyć odpowiadać wszystkim. Niemiły dla pana z infolinii mojego ubezpieczyciela, że jak to USG dopiero za tydzień – przecież nie rozpłynę się w niebycie z bolącą nogą do przyszłej środy i… dostałem popołudniowy termin u ortopedy. – Mam dobrą wiadomość dla pana. Będzie pan dalej skakał – powiedział. I dopiero teraz dotarło do mnie, że człowiek nawet nie wie, kiedy ociera się o ostateczności, z których jednak spada na cztery łapy i myśli, że mu się to należy jak psu miska… Oby tak długo… I znowu musiałem pomyśleć o mojej wtorkowej rozmowie z Markiem, w której z przekonaniem pragnąłem spokoju. Najpierw spokoju. Im więcej szukam samotności, tym więcej przychylności i atencji dostaję z otoczenia. Taka ironia. 

rodzinka.pl

1 komentarz

W nagłówku wymieniony serial jest najlepszą i najbardziej dochodową produkcją telewizyjną w Polsce w mijającym roku. Kosztował dodatkowo nasze społeczeństwo traumę po odejściu Hanki – z innego serialu, który też swego czasu  skupiał wielomilionową widownię (a może nadal skupia, tylko się do tego przyzwyczailiśmy). Pamiętam jak zapytana o klucz do skucesu caryca (prawda jak to określenie w odróżnieniu od „królowa” dodaje pazura i mocy silnym kobietom?) polskiego serialu powiedziała, że postacie budowanych przez nią sytuacji nie mówią naturalnym językiem, że przychodnia zdrowia nie wygląda tak, jak ta, do której chodzimy, etc… – ale ludzie się z tym utożsamiają. Bo tak by chcieli mieć w życiu. To nie jest nierealność w stylu Batmana albo Supermena (nota bene też ciesząca się powodzeniem), ale nierealność niemal na wyciągnięcie ręki, na odrobinę dobrej woli, bez ponadludzkiego wysiłku. Ludzie są dla siebie na co dzień agresywni, humorzaści, nafukani i pofochowani. Mogę wpływać tylko na siebie. Na innych ludzi mogę wpływać tylko poprzez ich tęsknoty związane ze mną – pobudzając je mądrze i szczerze. Jeśli oni w ogóle jakieś tęsknoty do mnie żywią. Nic sobie u nikogo nie wyproszę i nic nikomu nie nakażę. Jeżeli od lat czyjaś obecność przy mnie mocno boli i rani – to nikt za mnie tego dla mnie nie zmieni. Bez utyskiwania. Stojąc mocno i odważnie na nogach, budując oparcie dla siebie – a w takich razach też dla innych, którzy wyczuwają je na odległość. Może ta tęsknota za spokojem, pogodnym dialogiem po pracy, za nierobieniem tragedii z tego, że się coś stłukło lub rozlało, za pocałunkiem zamiast spojrzenia rażącego wyrzutem – może te małe, nie tak bardzo nierealne marzonka (jestem prawie pewien, że nie mrzonki) sprawiają, że uwielbiam rodzinkę.pl – atmosferę ich domu – nikogo szczególnie z osobna – po prostu to, żeby lubić wracać po pracy do domu. Wczoraj coś mnie szarpnęło w ścięgnie Achillesa na treningu. Idę zaraz do Ortopedy. Jeśli ktoś miałby życzenie mi czegoś życzyć na święta, to na drugim miejscu po zdrowiu życzcie mi bym zatęsknił kiedyś za tym, co mam po pracy.

Ruski zwrócił kiedyś mimochodem uwagę na to, że mało opowiadam i jednocześnie niewiele pytam. Odpowiedziałem po niemiecku „Was ich nicht weiß, macht mich nicht heiß”. Po polsku nie znam podobnej rymowanki. Dotarło do mnie dzisiaj, że mówiąc innym, by się nie bali, by nie żyli połowę, jak o lękających się mówi hiszpańskie przysłowie, sam żyję przypadkiem i na fali zrządzenia losu i pomyślnego wiatru. A gdy ten wiatr nie wieje, utyskuję – nie jak mężczyzna, ale jak chłopię, dziecię… Sobie dziś obiecałem nie powracać do tematu niepytany. To niemieckie powiedzonko przywiodło na myśl nieposprzątane mieszkanie. W każdym razie niekompletnie. To drugi raz gdy dowiaduję się w tej relacji (jak o niej mówi) czegoś, o czym wiem, że istnieje, ale czego świadomości mieć nie potrzebuję. I w pocałunku jeszcze bardziej niż naturalnie zamykam oczy. Was ich nicht weiß, macht mich nicht heiß. Chciałbym!

Tak jak nie przytulisz się do Meg Ryan z uroczego „French Kiss” – mimo że rozbudzi w Tobie żewność za przechadzkami po Les Halles i targu wiktuałami przy Saint Eustache, tak nie ogrzejesz się w niedzielne wczesne popołudnie prawdziwym, a tym bardziej rozrzewniającym uśmiechem z któregoś z dni tygodnia. I gdy zamarzysz, by dostać go znowu, właśnie teraz, bo chłód Cię dopadł, to zostaniesz osamotniony w ciemności pod powiekami, przywołując ciepłe chwile minionego tygodnia. Nauczyłeś się nie tupać nogami na utratę tej zabawki. Nauczyłeś się cieszyć nią przez te kilka chwil, gdy ją dostajesz do rąk. Na co by Ci się zdała histeria? Jesteś z nią sam. I z promykami minionego lata – pochmurnego dość – jak życie, które na szczęście znowu tym razem jest górą.

Po raz pierwszy nie dbałem o to, jak wygląda. Zajmowało mnie, jak się w nim czuje. Oczywiście, że jako turysta, ale nie taki od atrakcji do atrakcji – mimo że program miałem przygotowany na kilka opcji. W tym mieście stałem się dorosły i męski. To miasto to metafora moich dążeń. Być niezależnym: dbać o siebie, zmieniać się i udoskonalać niezależnie od towarzystwa i od tego, czy ono nadąża, czy nie. Berlin pokazał mi już trzy lata temu, że nie będzie czekał na mnie z przeobrażaniem się. On sobie bierze, co lubi. I to mu służy. Utwierdza mnie w tym, że żeby być lepszym – wystarczy robić, co się uważa za słuszne. Berlin się nie ogląda na nikogo. Nie roni łez. Nie popada w egzaltację. Bierze się za siebie ostro. Z pożytkiem dla podziwiających. Bär-lin. Znaczy misiowe miasto.


  • RSS