monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2011

Z żelaza?

4 komentarzy

Streep jako Tatcher. Trudno o więcej żelaza w jednej postaci. O mojej matce myślę: lwica, i zawsze czuję jej ciepło, gdy w kinie jestem na Streep. Streep jest o rok starsza i znacznie mniej buńczuczna. Twarda, ale nie po to by bić przed nią czoło. Jesteśmy spod tego samego znaku zodiaku – wmawiam sobie, że to wyjaśnia nić porozumienia. Bez słów, jak w niemym kinie. Moją matkę gra w wielu filmach, choć najbardziej w „One true thing”. I dostrzegam nagle, że Streep wcale nie jest taka żelazna, jak by się wydawało. Gdyby podzielić ludzi na tych co biorą i tych, którzy pozwalają się wziąć (abstrachując od wszelkich skojarzeń seksualnych) – to Streep jest w moich oczach raczej tą potencją do wzięcia. Ona buduje swoją siłę i atrakcyjność, by w interesującej sytuacji być ofertą nie do odrzucenia, by zapierać dech w piersi łowcy, którego paraliżuje obawa – że oto za wysokie progi na jego nogi, ale nie zazna spokoju, gdy nie spróbuje jej zdobyć. Ci łowcy, to prawdziwi żelaźni, których podziwiam. Oni wiedzą czego chcą i mało co ich zniechęci, przed sięgnięciem po to. Moja matka jest właśnie tą, która z zaciśniętymi zębami przeć będzie do celu. Ja moje starania wkładam w to, by zbudować się na cel właściwego łowcy, który będzie miał dość dużo rozeznania i determinacji – by odczytać potrzebę wzięcia celu, nawet jeśli nie uda się ten mariaż od razu. Jest tylko pewien szkopuł – łowca musi poczuć prawdziwą wolę wzięcia, a oferta-cel musi czuć respekt przed wrażliwą determinacją tkwiącą w żelaznej zbroi.

Przywodzi mi na myśl jednoznaczne skojarzenia ze sceną z „The single man” przed sklepem, gdy młodzieniec (o jakże znamienne) hiszpańskojęzyczny wychodzi z budki telefonicznej we fryzurze, w którą wyposażyła go matka. Najmniejsze, co można mu dać, to banknot 20-dolarowy. Z Drugiej strony można dać się zarazić tym całym entuzjazmem życiowym, którego nie przeceni żaden mężczyzna na stanowisku, jak powiedział o mnie.

Cynizm

Brak komentarzy

Silny organizm broni się przed uzależnieniem, słaby ulega mu w cierpieniu. Umysł i emocje mają dla siebie w nałogu pożywkę, a znudzone bodźcem mogą pomóc w jego wyeliminowaniu. Co półtora roku na kilka tygodni ulegam zachwytowi nad siłą pełnej świadomości bez otępiania zmysłów czwartą lampką riojy. Z wiekiem odstawienie bodźca to kwestia warsztatu opanowanego na drodze NLP. Podobnie zresztą jak coraz bardziej zdecydowana i sprawna selekcja towarzystwa. Lektura Cialdiniego uświadamia zgubne następstwa ulegania zasadzie konsekwencji. Olśniło mnie, że to matka natura zaprogramowała we mnie wzajemność i konsekwencję i że to nie do końca ja sam zapędzam się w kozi róg nieatrakcyjnych zakupów, utrzymywania wypalających mnie relacji, kontynuowania znajomości, w których czuję się oszukiwany i wykorzystywany, dojadania z talerza do ostatniego okruszka, mimo że głód już zaspokoiłem, a danie wcale mi tak naprawdę nie smakuje, dopijania butelki wina do ostatniej kropli, mimo że nastrój się od tego nie poprawi jeszcze bardziej. Musiałem się nauczyć, że brak konsekwencji może być jedyną formą samoobrony w pewnych sytuacjach oraz że brak wzajemności potrafi być cnotą. Coraz łatwiej przychodzi mi z czasem nie odwzajemniać wprawiających w zakłopotanie komplementów, upominków i uśmiechów, a jednocześnie nie odgrywać się za zachowania szczeniackie w stosunku do mnie. Skupiam się raczej na walce o równowagę wewnętrzną i żebym nie musiał być po niewczasie na siebie do bólu wściekły – że dałem się wmanewrować wzajemności i konsekwencji. Wymaga to cierpliwości i zaufania do tego, co widzę i czuję, ale potrafię zrezygnować z wręczenia kupionego już upominku lub odwołać spotkanie, co którego się choćby trochę obawiam, że nie będę się na nim czuć dobrze. Czasami warto spojrzeć na znajomości i przyjaźnie cynicznie chłodno i odpowiedzieć sobie na pytanie: „po co?”.

Prawie

Brak komentarzy

Podobnie jak sobotnio-niedzielny prawie perfekcyjny kurs gotowania, tak przecudowny weekend w hedonistycznym Bilbao, był znowu prawie. Był o wiele spokojniejszy niż wcześniejsze wycieczki, co nie znaczy, że dawał mniej doznań. Nowy był wieczór w „El Perro Chico” ze wspaniałym menu i znakomitym winem. Winem zresztą w Bilbao delektować się można nawet w przelocie na niemal każdym rogu Casco Viejo albo na północ od linii Calle San Francisko. Gdy nagle głód daje o sobie znać, wystarczy wejść do baru lub restauracji i pokazać: this, this and this, and vino blanco – 3,5 Euro. Już tęskniłem za Bilbao, zanim odebrałem walizkę z hotelowej bagażowni. Na lotnisku dotarło do mnie, że zapomniałem zabrać chłodzonego w minibarze sera i wspaniałej wędliny, które kupiłem w piątek na hali targowej przy Casco Viejo. Została też butelka białego wina, której nie było czasu wypić w nadmiarze atrakcji. I tylko błogim uśmiechem mignęły mi oczy - wiedziałem, „coś zostawiłem tam i jeszcze nie jeden raz tam pojadę, by to odebrać”. Bardziej niż przez Barcelonę i Madryt poczułem się przytulony przez hiszpańskie miasta wielkości B., jak Sevilla, Granada, Bilbao… 17. marca jadę do Valencii. Może zrobię sobie wycieczkę do Alicante wzdłuż wybrzeża. Tydzień później Nicea - w kontekście francusko-niemieckich koneksji i rekomendacji. Dlaczego Bilbao jest doskonałe prawie? Bo bez pocałunku na zamknięcie oczu i wyciągnięcie ust.


  • RSS