Za sprawą kursu robienia zdjęć – na gruponie kupionego mi w prezencie – pozbyłem się kolejnego małego lęku – pytania o rzeczy, o które nie wiem, z której strony zapytać. Okazuje się, że na robieniu zdjęć jeszcze mniej niż ja znają się ludzie z bardzo drogimi i wspaniałymi aparatami fotograficznymi kupionymi za własne pieniądze. Do śmierci zatem trwało będzie leczenie się z własnych kompleksów. Pokazali nam Lightrooma. I Photoshopa też – ale z perspektywy fotografa, a nie grafika (która mnie do tej pory jako reklamiarza dominowała). Kupię Lightrooma. On sprawia, że zdjęcia są ostrzejsze i bardziej skontrastowane bez utraty półtonów. Lightroomowska biblioteka przeniosła mnie do wspomnień. I nagle odkrywam, że nie obrobione zdjęcia czasami bronią się lepiej niż podrasowane. Nawet taki wpis zostawił ktoś na fejsie – gdzie taką parkę opublikowałem. Przeglądam zdjęcia i podkręcam kolory. Jadąc do pracy myślę – ależ nudne białe niebo. Znak zakazu zatrzymywania – jaki nienasycony… Stop – to rzeczywistość. To słońce go wypłowiło… A już chciałem go podsaturować w Photoshopie mojej głowy. Hm a może lepiej nie podkręcać kolorów i kontrastów na zdjęciach? Czy użytkownik Photoshopa to mitoman? A może marzyciel?