monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2014

Z grindra do parku? Ta appka ma szanse być fajna:)

Z grindra do parku? Ta appka ma szanse być fajna:)

„- Nie chcesz chyba powiedzieć, że chęć pogadania sprowadziła Cię na grindra!” „- Rzeczywiście dziwny to byłby powód, ale obaj na wyjeździe do rodziny na święta dobrze wiemy, że na 2 godziny przed Wigilią bez niekrępującego lokum trudno byłoby o cokolwiek innego lub więcej! Serio – intrygujące towarzystwo na choćby pół godziny przed pierwszą gwiazdką przy 12-stopniowej pogodzie to niezły sposób na ucieczkę przed wymuszoną rodzinnością końcówki roku.” I tak pokazuje mi w ramach przechadzki po pobliskiej wiosce park podupadłego, klasycystycznego dworku. Położony na wzgórzu, z którego widać okolicę, mógłby być cmentarzem, co zauważam na głos. On jest stamtąd, ale po studiach przed 10 laty został w Krakowie, skąd na święta przyjeżdża do rodziny – póki babcia i dziadek żyją – mimo, że teściowa, Pani Grażyna, zapraszała, by z partnerem przyszli do nich. „- W pociągu zainstalowałem sobie romka i zamiast się wyspać przeglądałem profile.” – narzekał na czasową rozrzutność. Ja stamtąd nie jestem. Bywam tam przyjezdnie na święta i pierwszy raz za sprawą czasochłonnej dla wielu appki, z której nie za bardzo umiem korzystać – wybrałem się na towarzyskie poznawanie okolicy. Jak się okazuje, wizyta na grindrze nie musi skończyć się stratą czasu w wirtualnej rzeczywistości. Przeskok do reala nie musi też nieść obcesowej bliskości. Po prostu, można pogadać z okolicznymi chłopakami łażąc po dworkowym parku – tak, jak przy lampce wina w Madrycie czy Barcelonie… Mimo… wydawałoby się dość ofensywnej ksywki. A może dzięki niej?

Plany

2 komentarzy
Plany? Liczy się, co trwa teraz, zanim stanie się wyidealizowanym wspomnieniem

Plany? Liczy się, co trwa teraz, zanim stanie się wyidealizowanym wspomnieniem

„- To coś poważnego?” Pyta mnie, gdy tylko na chwilę zostajemy we dwóch. ” „- Pamiętasz tę kawiarnię na Zoliborzu? Zastanawiałeś się wtedy, czy spotkamy się po raz kolejny?” Pyta mnie drugi, gdy mamy wreszcie dla siebie spokojniejszą chwilę. – Obydwa pytania mnie zaskakują. Przeszło mi już snucie wyobrażeń o tym, jak pięknie będzie. Plany na ogół szlag trafiał, a gdy mimo wszystko musiały się odbyć – bo i hotel był opłacony i bilet lotniczy – to wszystko było już pro forma. Bez pasji i bez ognia – bo wygasł. Myślenie o  wspaniałym spotkaniu kolejnym, gdy jeszcze nie wysechł pocałunek na pożegnanie, sprawia, że z życiem przenoszę się z rzeczywistości do głowy. Więc nie robię tego. „-Na pewno nie będziemy mieli dzieci.” odpowiadam pierwszemu i zaczynam się zastanawiać, czy to źle, że nie mam planu? Czy to źle, że planuję tylko, kolejny wspólny trening? Wspólną noc. Wyjście do teatru. Kolację? Zauważyłem ostatnio, że rzeczywiście dzięki planom chodzę trzeźwy spać. Bo muszę ugotować na kolejne trzy dni. Wyprasować wszystkie wyprane koszule. Zapłacić rachunki. Wyprać dresy, żeby były do biegania na pojutrze. Te plany mnie pochłaniają i sprawiają, że z google maps jeżdżę po Wawie, żeby wpadać w możliwie najmniejsze korki. Wszystko po to, by był czas na życie. Na czas teraźniejszy. Ze smakowaniem każdego spojrzenia, uśmiechu, komplementu, dotyku, który trwa teraz. Taki mam plan na nas, którzy jesteśmy ze sobą tu i teraz.

Znieczulona do bólu?Obejrzałem”Requiem dla snu”, które nie wchodziło mi 3 lata temu, gdy próbowałem się do niego przysiąść zachęcony recenzją. Wtedy chciałem coś gładko sfilmowanego i polukrowanego dowcipem. Teraz zastanawiałem się nad możliwością uzależnienia od trawki. Jednak nie o tym jest ten film. On jest o heroinie. Jak „My, dzieci z Dworca Zoo”. Dwa dni później wygooglałem „trawka”, żeby podejrzeć, czym grozi jej konsumpcja. Ze znalezionych stron nic konkretnego nie wynikało – poza mętnym porównywaniem do alkoholu – jako bardziej trującego. Dla mnie ostatnie tygodnie to prawie całkowita abstynencja alkoholowa i apoteoza snu. Wyspany łatwiej znoszę poranki w robocie. Nie muszę walczyć z oznakami zmęczenia, wzmocnionymi zatruciem alkoholowym. Umiem myśleć błystkotliwiej. Zmęczony wieczorem nie dotruwam się, by przytępić atakowane niesprzyjającą rzeczywistością zmysły. Otępiały wieczór w domu – świadomy dzień w robocie – i nagle Eureka: a gdyby zmienić ten porządek i przytępić zmysły na dobijającą agresywność pracodawcy, a w pełni świadomie nacieszyć się domem? Tak zrobiłem – i to był strzał w dziesiątkę. Biuro mnie przestało dręczyć – przestała do mnie docierać jego drażliwość. Nagle umiałem zakotwiczyć w jednym zadaniu do jego ukończenia – nieodrywany przez biurowe dystraktory. Ja decydowałem, co robię i trwałem w tym – do sukcesu – który, gdy stopniowo wracała wrażliwość na rzeczywistość – przynosił satysfakcję, a tym samym pozytywne nastawienie na resztę dnia w domu. Skoro nienawidzę roboty – to znieczulenie stosuję przed wejściem do biura, a z domem zaprzyjaźniam się każdego popołudnia na nowo – więc wracam pogodny, trzeźwy i bez znieczulenia. Nie dobijam zmęczenia procentami, dymkiem lub czatowaniem o niczym z nikim wartym mojego czasu. Zadowolony, że wiem, jak przestać uciekać od tego co w domu i poczuć się w nim najpewniej i najbezpieczniej – wybieram sen jako sposób na wprowadzenie się w stan regenerującej nieświadomości.


  • RSS