Więcej niż dwie rzeczy do zrobienia w kuchni to stres, gdy zbieram się do spakowania jedzenia na jutro do pracy. I przecież jeszcze do ogarnięcia śniadanie. To dlatego odkładam na później, aż staje się nieuniknione i brakuje mi czasu, żeby zrobić to dobrze, lub przypłacam za późnym pójściem do łóżka. Przecież odkryłem nie tak dawno mechanizm uwalniający mnie z zatorów rzeczy domagających się wykonania. Wystarczy, że zrobię jedną z rzeczy, a kolejne pouruchamiają się i wykonają jak same. Boję się mimo wszystko, zanim zacznę coś robić, że będzie tego za dużo i… że się zmęczę. I na wszelki wypadek nie zaczynam wcale. Potem żałuję. I słusznie, bo jak żałować, to tego, czego się nie zrobiło. Nie wiem skąd się wziął w mojej głowie ten idealny stan, gdy wszystko jest zrobione, a ja mogę zasiąść w fotelu i skrolować insta. Albo lepiej – oglądać skecze na youtube. Nigdy nie jest wszystko zrobione. Nigdy nie opróżnia się samo biurko. Czy umiem wybierać, kiedy pracuję, a kiedy przestaję? Czy potrzebuję, by to świat o tym za mnie decydował? Gdy przegapiam to, czego chcę, rzeczywistość bierze nade mną górę i tylko zabiera czas, który mógł mnie do upragnionego przybliżyć. Pustą, a raczej wolną muszę mieć głowę, by połączyć lewą i prawą półkulę na kilka kreatywnych iskier, dzięki którym wiem, po co mam jutro jechać do biura – poza tym, że po Syzyfowemu dążyć do pustego biurka.

śniadanie

śniadanie