monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy, których autorem jest autor

Cierpliwość

Brak komentarzy

Więcej niż dwie rzeczy do zrobienia w kuchni to stres, gdy zbieram się do spakowania jedzenia na jutro do pracy. I przecież jeszcze do ogarnięcia śniadanie. To dlatego odkładam na później, aż staje się nieuniknione i brakuje mi czasu, żeby zrobić to dobrze, lub przypłacam za późnym pójściem do łóżka. Przecież odkryłem nie tak dawno mechanizm uwalniający mnie z zatorów rzeczy domagających się wykonania. Wystarczy, że zrobię jedną z rzeczy, a kolejne pouruchamiają się i wykonają jak same. Boję się mimo wszystko, zanim zacznę coś robić, że będzie tego za dużo i… że się zmęczę. I na wszelki wypadek nie zaczynam wcale. Potem żałuję. I słusznie, bo jak żałować, to tego, czego się nie zrobiło. Nie wiem skąd się wziął w mojej głowie ten idealny stan, gdy wszystko jest zrobione, a ja mogę zasiąść w fotelu i skrolować insta. Albo lepiej – oglądać skecze na youtube. Nigdy nie jest wszystko zrobione. Nigdy nie opróżnia się samo biurko. Czy umiem wybierać, kiedy pracuję, a kiedy przestaję? Czy potrzebuję, by to świat o tym za mnie decydował? Gdy przegapiam to, czego chcę, rzeczywistość bierze nade mną górę i tylko zabiera czas, który mógł mnie do upragnionego przybliżyć. Pustą, a raczej wolną muszę mieć głowę, by połączyć lewą i prawą półkulę na kilka kreatywnych iskier, dzięki którym wiem, po co mam jutro jechać do biura – poza tym, że po Syzyfowemu dążyć do pustego biurka.

śniadanie

śniadanie

tumblr_n7zdjaScjl1sk4l2mo1_500I remember one morning getting up at dawn, there was such a sense of possibility. You know, that feeling? And I remember thinking to myself this is the beginning of happiness. This is where it starts. And of course there will always be more. It never occurred to me it wasn’t the beginning. It was happiness. It was the moment. Right then.

Z grindra do parku? Ta appka ma szanse być fajna:)

Z grindra do parku? Ta appka ma szanse być fajna:)

„- Nie chcesz chyba powiedzieć, że chęć pogadania sprowadziła Cię na grindra!” „- Rzeczywiście dziwny to byłby powód, ale obaj na wyjeździe do rodziny na święta dobrze wiemy, że na 2 godziny przed Wigilią bez niekrępującego lokum trudno byłoby o cokolwiek innego lub więcej! Serio – intrygujące towarzystwo na choćby pół godziny przed pierwszą gwiazdką przy 12-stopniowej pogodzie to niezły sposób na ucieczkę przed wymuszoną rodzinnością końcówki roku.” I tak pokazuje mi w ramach przechadzki po pobliskiej wiosce park podupadłego, klasycystycznego dworku. Położony na wzgórzu, z którego widać okolicę, mógłby być cmentarzem, co zauważam na głos. On jest stamtąd, ale po studiach przed 10 laty został w Krakowie, skąd na święta przyjeżdża do rodziny – póki babcia i dziadek żyją – mimo, że teściowa, Pani Grażyna, zapraszała, by z partnerem przyszli do nich. „- W pociągu zainstalowałem sobie romka i zamiast się wyspać przeglądałem profile.” – narzekał na czasową rozrzutność. Ja stamtąd nie jestem. Bywam tam przyjezdnie na święta i pierwszy raz za sprawą czasochłonnej dla wielu appki, z której nie za bardzo umiem korzystać – wybrałem się na towarzyskie poznawanie okolicy. Jak się okazuje, wizyta na grindrze nie musi skończyć się stratą czasu w wirtualnej rzeczywistości. Przeskok do reala nie musi też nieść obcesowej bliskości. Po prostu, można pogadać z okolicznymi chłopakami łażąc po dworkowym parku – tak, jak przy lampce wina w Madrycie czy Barcelonie… Mimo… wydawałoby się dość ofensywnej ksywki. A może dzięki niej?

Plany

2 komentarzy
Plany? Liczy się, co trwa teraz, zanim stanie się wyidealizowanym wspomnieniem

Plany? Liczy się, co trwa teraz, zanim stanie się wyidealizowanym wspomnieniem

„- To coś poważnego?” Pyta mnie, gdy tylko na chwilę zostajemy we dwóch. ” „- Pamiętasz tę kawiarnię na Zoliborzu? Zastanawiałeś się wtedy, czy spotkamy się po raz kolejny?” Pyta mnie drugi, gdy mamy wreszcie dla siebie spokojniejszą chwilę. – Obydwa pytania mnie zaskakują. Przeszło mi już snucie wyobrażeń o tym, jak pięknie będzie. Plany na ogół szlag trafiał, a gdy mimo wszystko musiały się odbyć – bo i hotel był opłacony i bilet lotniczy – to wszystko było już pro forma. Bez pasji i bez ognia – bo wygasł. Myślenie o  wspaniałym spotkaniu kolejnym, gdy jeszcze nie wysechł pocałunek na pożegnanie, sprawia, że z życiem przenoszę się z rzeczywistości do głowy. Więc nie robię tego. „-Na pewno nie będziemy mieli dzieci.” odpowiadam pierwszemu i zaczynam się zastanawiać, czy to źle, że nie mam planu? Czy to źle, że planuję tylko, kolejny wspólny trening? Wspólną noc. Wyjście do teatru. Kolację? Zauważyłem ostatnio, że rzeczywiście dzięki planom chodzę trzeźwy spać. Bo muszę ugotować na kolejne trzy dni. Wyprasować wszystkie wyprane koszule. Zapłacić rachunki. Wyprać dresy, żeby były do biegania na pojutrze. Te plany mnie pochłaniają i sprawiają, że z google maps jeżdżę po Wawie, żeby wpadać w możliwie najmniejsze korki. Wszystko po to, by był czas na życie. Na czas teraźniejszy. Ze smakowaniem każdego spojrzenia, uśmiechu, komplementu, dotyku, który trwa teraz. Taki mam plan na nas, którzy jesteśmy ze sobą tu i teraz.

Znieczulona do bólu?Obejrzałem”Requiem dla snu”, które nie wchodziło mi 3 lata temu, gdy próbowałem się do niego przysiąść zachęcony recenzją. Wtedy chciałem coś gładko sfilmowanego i polukrowanego dowcipem. Teraz zastanawiałem się nad możliwością uzależnienia od trawki. Jednak nie o tym jest ten film. On jest o heroinie. Jak „My, dzieci z Dworca Zoo”. Dwa dni później wygooglałem „trawka”, żeby podejrzeć, czym grozi jej konsumpcja. Ze znalezionych stron nic konkretnego nie wynikało – poza mętnym porównywaniem do alkoholu – jako bardziej trującego. Dla mnie ostatnie tygodnie to prawie całkowita abstynencja alkoholowa i apoteoza snu. Wyspany łatwiej znoszę poranki w robocie. Nie muszę walczyć z oznakami zmęczenia, wzmocnionymi zatruciem alkoholowym. Umiem myśleć błystkotliwiej. Zmęczony wieczorem nie dotruwam się, by przytępić atakowane niesprzyjającą rzeczywistością zmysły. Otępiały wieczór w domu – świadomy dzień w robocie – i nagle Eureka: a gdyby zmienić ten porządek i przytępić zmysły na dobijającą agresywność pracodawcy, a w pełni świadomie nacieszyć się domem? Tak zrobiłem – i to był strzał w dziesiątkę. Biuro mnie przestało dręczyć – przestała do mnie docierać jego drażliwość. Nagle umiałem zakotwiczyć w jednym zadaniu do jego ukończenia – nieodrywany przez biurowe dystraktory. Ja decydowałem, co robię i trwałem w tym – do sukcesu – który, gdy stopniowo wracała wrażliwość na rzeczywistość – przynosił satysfakcję, a tym samym pozytywne nastawienie na resztę dnia w domu. Skoro nienawidzę roboty – to znieczulenie stosuję przed wejściem do biura, a z domem zaprzyjaźniam się każdego popołudnia na nowo – więc wracam pogodny, trzeźwy i bez znieczulenia. Nie dobijam zmęczenia procentami, dymkiem lub czatowaniem o niczym z nikim wartym mojego czasu. Zadowolony, że wiem, jak przestać uciekać od tego co w domu i poczuć się w nim najpewniej i najbezpieczniej – wybieram sen jako sposób na wprowadzenie się w stan regenerującej nieświadomości.

Michał sam mi o sobie czytał  podczas moich wyjazdów służbowych w okolice Łodzi. Ze względu na to, że dużo jeżdżę samochodem, preferuję audiobooki.

Michał sam mi o sobie czytał podczas moich wyjazdów służbowych w okolice Łodzi. Ze względu na to, że dużo jeżdżę samochodem, preferuję audiobooki.

Between.blog.pl, którego już nie ma, a który mnie swoim blogiem i osobiście do pisania zainspirował, i czytaniem, tego, co napisałem, motywował, nazywał osoby pierwszą literą imienia. Michał Piróg w „Chcę żyć” osoby z rodziny czy życia zawodowego wymienia z imienia i nazwiska. Swych partnerów życiowych określa imieniem lub literą. Mi najbardziej odpowiada albo prawdziwie przytoczone imię, albo określenie, które oddaje prawdę mojej percepcji tych osób. Przez jakiś czas próbowałem wymyślać imiona osobom, żeby ich identyfikacja (najczęściej przez nich samych) nie była taka oczywista. Ale wydawało mi się to takie odrealnione. Nawet jeśli nie pada imię, ludzie, którzy do przemyśleń mnie skłonili, i o których tu mówię bez jakiegokolwiek realnego identyfikatora, rozpoznają się tu i dają mi znać, że przeczytali i mają wrażenie, że to o nich. Zdarzył się raz też taki, który przed spotkaniem zastrzegał sobie, że ma nadzieję, że nie przeczyta tu o sobie. Nic na to nie odpowiedziałem, bo samo życzenie wydało mi się aroganckie. Pomyślałem nawet, że o tym zastrzeżeniu kiedyś tu napiszę. Uff, mam to za sobą. W ostatnim czasie przepisałem jednak jedną z rozmów czy przytaczałem wiernie wydarzenia z osobami, które tu zaglądają i za każdym razem się zastanawiałem potem, gdy dały do zrozumienia, że czytały, czy mi wolno. Czy nie przekraczam jakiejś granicy. Niby nic się nie dzieje – bo nie ma szansy na zidentyfikowanie nikogo – ale … no właśnie. I myślę sobie dalej, że muszę móc przytaczać życie – bo inaczej – niekonkretne wywody byłyby nudne i nie takie ostre. Kochani, nie miejcie mi zatem za złe, gdy się tu rozpoznacie. To, że noszę was długo w głowie, zanim tu wysłowię, znaczy, że to ważne dla mnie. To, że piszę o tym, to znak, że myślę, że inni zechcą to przeczytać i odnajdą w tym swoje spostrzeżenia z podobnych wydarzeń, utwierdzając, że nie są w tym czymś osamotnieni. Mawiam często: – W kinie większość z nas śmieje się w tym samym momencie.


  • RSS