monhomme blog

Twój nowy blog

Mr. Biceps

Brak komentarzy

Integracja na korporacyjnym zlocie prowadzi przez ściankę wspinaczkowa. Bez przekonania ustawiam sie wsród trojki zainteresowanych. Nie napalonych. Słucham wyjaśnień instruktora naturalnie przepuszczając pokaźpopeyenie ignorujacego aktywnosci fizyczne kolegę. Cóż, jeśli on wejdzie, to czego mi zabraknie. Zupełnie niepotrzebna relatywnosc odwagi. Muszę świadomej eliminować strach przed porażka. Co najmniej tak skutecznie, jak lęk przed odrzuceniem. On doszedł nieco wyżej niż do połowy dumny z wyniku. Wyzwania stawia sobie co chwila w życiu i dzięki temu prowadzi obecnie amerykański oddział naszej firmy. Czy sie porywa z motyka na księżyc? Ja w jego skórze mógłbym mieć takie odczucie. Jednak bez podjęcia gry nie może być mowy o wygranej. po jego slamazarnym zejściu moja kolej. Nigdy bym nie zgadl, ze wejście na ściankę, to jak spacer po uzdrowisku. Z dołu nawoływania: hej Spider-Man. Niemal wybiegam na gore. Zbieram brawa, bo scianki nie premiuje sie atrakcyjnymi stanowiskami. Ścianka to premia za konsekwencje na siłowni. Za świadomość ukierunkowania pasji. Pół godziny pózniej jeden z dalszych kolegów zagarnął: ile kilo wrzuciles od ostatniego roku na ramiona? trudno mi stwierdzić, udałem obojętność wobec komplementu. -bicepsy masz niezłe, mr. Biceps, – podchwycił inny. Tak oto dorobiłem sie najbardziej pochlebiajacej ksywki na zlocie. Znaczy, ze misja completed? Czy pora na kolejna pasje obok tej?

Łał, wysoki i przystojny. Owszem, w dość luźnych spodniach i T-shircie. Jakby się chciał schować w nadmiar materiału. Czyżby mały kompleksik? Pozwala mi mówić: albo słucha, albo jest znudzony i nawet nie chce mu się gadać. Jak na złość coś mi każe się starać. Gościu jest niezwykle przystojny. Nawet pozwala mi zabłysnąć szybką ripostą, gdy pyta dlaczego tak mu się przypatruję, a ja odpowiadam: „Jesteś niezwykle przystojny.” Dużo mówimy o sporcie. O siłowni. Podoba mi się, jak odpowiada zapytany, po co tam chodzi, jaki ma cel. – „Chciałem poprawić sobie sylwetkę” i dalej, gdy pytam, jak ocenia wyniki „widzę pewne efekty”. Gdy, coś mówi – to wprost i konkretnie. Jeszcze więcej słucha. Przekonany, że się wynudził jestem pewien, że na drugie przynudzanie go nie da mi szansy. Owszem – intonuje kolejną kawę. Znaczy lubi patrzeć gdy się komuś gęba nie zamyka.

o czym gadają faceci?

Ręczniczek

Brak komentarzy

W poniedziałki i w czwartki dostaje się w Heaven malutki ręczniczek zamiast normalnego. Dzień pośladków. Znakomity pretekst na paradowanie z nieosłoniętym tyłkiem. Gdyby przychodziły tam chłopaki z siłowni byłoby co pooglądać. W części widnej jeszcze żadnego nie przyuważyłem. Voyeuryzm obnaża się tu raczej jako Ekshibicjonizm. Podniecający, gdy mijane pośladki omiotą Cię niby przelotnym rzutem oka. Jędrna młodość jest tu zdecydowanie za szybka i zbyt konkretna w dosadnym formułowaniu oczekiwań, a rokująca na błyskotliwy flircik dojrzałość na ogół zaniedbana i mało kształtna. Posłyszane dialogi o miejscowych atrakcjach przerastają fantazje o frywolnych chłopcach. Bardzo.

za szybcy? za wściekli?

 

Palau Musica Catalana – musisz to zobaczyć w środku

Trzy rzeczy główne połączone pieszo drobniejszymi miejscami. Bez użycia metra – jeśli mieszkasz w centrum. Osią całego dnia jest Palau Musica Catalana. Musisz mieć zarezerwowane (w lecie najlepiej przez internet) zwiedzanie na określoną godzinę z przewodnikiem w j. angielskim. Ja w lutym podszedłem o 12:00 do kasy i dostałem bilet na zwiedzanie na 15:00. W lecie tak się nie dzieje. Do wszystkiego są kolejki i wszystko jest porezerwowane. Dlatego nie zwiedzam w lecie. Ten obiekt jest obowiązkowy. Magiczny. Będzie Twój. Mój dobry znajomy był tam nawet na koncercie. Zazdroszczę mu. Gdy uważnie obejrzysz „Wszystko o mojej matce” – to z klatki schodowej albo kuchni widać perspektywę na ten Pałac Muzyki dla ludu. W zależności od tego, jak godzina zwiedzania Pałacu podzieli Twój dzień, musisz uwzględnić w nim (w dniu)  jeszcze dwa domy. Ważniejszy z nich to Casa Batlo. Weź audio guida. I znowu – ja byłem drugi do kasy. W lecie podobno kolejki są kilometrowe, a tym samym dom przepełniony. Trzeba go zwiedzić w całości – od parteru po strych. Strych ma wspaniałe smaczki. No i daje możliwość pięknych zdjęć z panoramą dachów. Drugi dom – który już tak nie rzuca na kolana – ale ma jeszcze piękniejsze dachy i znakomite poddasze – to Casa Mila – z niego dobrze widać kolorowego ogórka Torre Agbar – najlepiej Casa Mila zachować na koniec dnia. Zanim się pójdzie od Palau Musica Catalana do obydwu domów – albo jednego z nich – jeśli Pałac miałby być w środku – warto przejść przez starówkę wokół Katedry – Gothic (oczywiście wchodząc do Katedry na 10-minutową kontemplację chłodu). Obiad proponuję w biegu – najlepiej chwytając coś w Boqueria – jednym z okazalszych bazarów wiktuałów przy La Ramblas. Będąc w tych okolicach musisz rzucić okiem nie tylko na fronton – starej, ale na wskroś nowoczesnej Teatro de Liceu. Bilety na miejsca bez widoczności są już od 7,5 Euro – więc można się pokusić (oczywiście z wyprzedzeniem i w internecie) o kupienie ich miesiąc lub kilka przed przyjazdem – o ile w lecie w ogóle grają. Sam teatr jest tego wart. Wrażenia ze słuchania muzyki i oglądania choćby publiczności – niezapomniane. Jeśli masz jeszcze siły tego dnia – i czas – to usiądź gdzieś, zjedz coś dając odpocząć nogom i wypij jakieś katalońskie wino. Jutro marszruty ciąg dalszy – do Sagrada Familia i do Parc Guell. Wypoczniesz trzeciego dnia. O tym – następnym razem.

Torre Agbar – zobaczysz dobrze z dachu Casa MIla. Ten gigantyczny wibrator kolorów dostanie po zmroku.

 

 

Mrau

Każdy wie, gdzie pójść na lampkę wina lub piwa późnym wieczorem, chcąc oglądać i być oglądanym lub po prostu zagadać do przystojniaka o czarującym uśmiechu. W Barcelonie tylko tacy są – i to wyjaśnia pozycję jeden tego miasta w moim europejskim rankingu. Wychodzisz z kimś na wino i niekoniecznie lądujesz w jego łóżku – ale na przykład na jakiejś domówce u jego przyjaciół a potem na tour de disco, zawieziony tam jego motocyklem. Jeśli mocno między Wami iskrzy – to oczywiście nic nie musi stać na przeszkodzie przyjemnym kontaktom bliskiego stopnia – ale po sympatycznej pogawędce nad czymś dobrym w szklance w barze w okolicy jego mieszkania lub Twojego hotelu. Ulice L’Eixample są na tyle gorące, że potrafi zaiskrzyć między Tobą, a kimś po drugiej stronie ulicy – niejako w drodze na randkę. Wzrokiem pytasz – czy on przejdzie na Twoją stronę, czy Ty na jego – i już tokujecie w najlepsze lustrując się wymownie od stóp do głów i demonstrując duże uznanie rozmówcy. Pogawędka na kilka przecznic zakończona dość soczystym pocałunkiem na pożegnanie to niesamowitość, która naturalnie wpisuje się w to miejsce – gdzie oto Francuz (oni to mają ten dodatkowy błysk w oku) flirtuje z Tobą w najlepsze zanim uda się w swoją stronę, żałując, że masz już plany (a Ty w sumie też pożałujesz – bo hiszpańsko ognisty ten kogucik). W L’Eixample można spędzić kilka wieczorów. Najlepiej przyjść tu w wieczór po przyjeździe – żeby odpocząć po trudach podróży i znad piwiarnianego lub winiarnianego stolika oglądać tutejszą młodzież w każdym przedziale wiekowym, chwytając jej spojrzenia lub puszczane oko. Tu łatwo o spontanicznego rozmówce – którego w piątej minucie można zagadnąć o rekomendacje do zwiedzania. Pamiętać należy, że tubylcy na ogół nie zwiedzają atrakcji turystycznych i raczej byli w atrakcyjnych miasteczkach w okolicach Barcelony. Będą za to świetnie się orientować w klubach i dyskotekach – warto zanotować, co polecają i na co się krzywią.

Sagrada Familia. Koniecznie.

Wiktor jedzie do Barcelony. Już drugi raz. Za pierwszym razem zawrócił w pół drogi w dużej mierze ufundowanej przez klientów cukierni, którym wystawił pudełko na napiwki z jasno wypisanym na nim celem. Tym większa w nim determinacja teraz. Mam doradzić, co zwiedzić w lipcu w Barcelonie. Trudne – zwłaszcza, że ja to miasto najbardziej ze wszystkich europejskich pokochałem w lutym. Byłem tam też w kwietniu. O letniej Barcelonie opowiadali mi tylko znajomi – pieruńsko gorąco – że zwiedzać się mało chce. Wysłałem raz też znajomego taksówkarza na moje szlaki – wrócił zadowolony.
Po pierwsze obowiązkowa jest Sagrada Familia. Ja szedłem do niej na piechotę w towarzystwie pewnego Meksykanina, który rok swego życia przestudiował w Krakowie. Dawno już. Wyruszyliśmy z mojego hoteliku, który był przy samym Placa de Cataluna – od Placu de Cataluna do Casa Mila szliśmy dostojnym Passeo de Gracia, przy Casa Mila skręciliśmy w kierunku kościoła w prawo i szliśmy ulicami z mieszczańskimi kamienicami. Sagradę zwiedza się (wstęp 12,- Euro) najlepiej z Audio Guidem (4,- Euro) – nie kojarzę, żeby był po polsku. Mi to zajęło jakieś 2 godziny – przy czym ja nie wjechałem na górę windą (przyskąpiłem) – ale potem widziałem zdjęcia pewnego znajomego z góry – i żałowałem, że nie pojechałem. Z Sagrady poszedłem na piechotę do Park Guell – to obowiązkowa pozycja na mapie Barcelony. Czas przejścia – jakieś 45 minut (rekomenduję chodzenie na piechotę) – czas łażenia po parku – 1,5 godziny. Przy takim rondzie już niedaleko Parku jest kamienica Gaudiego – przy której zaczyna się „Wszystko o mojej matce” – przepiękna. Po łazikowaniu po Park Guell nogi będą już właziły w tyłek i będzie się miało ochotę na przejście do horyzontalnej – stamtąd metrem proponuję pojechać nad morze – i odpocząć nad wodą. Po takiej marszrucie tego dnia nie będzie ochoty już na nic – jeśli jeszcze jest trochę siły – można od morza przejść La Ramblas w kierunku starego miasta i Katedry rzucając po drodze okiem na Palau Guell, Teatro del Lyceu, Buquerię i kramiki z pamiątkami. Tego dnia można już tylko coś zjeść i coś wypić. Gdziekolwiek się nie pójdzie po drodze – będzie cudownie.


  • RSS