monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: alkohol

Znieczulona do bólu?Obejrzałem”Requiem dla snu”, które nie wchodziło mi 3 lata temu, gdy próbowałem się do niego przysiąść zachęcony recenzją. Wtedy chciałem coś gładko sfilmowanego i polukrowanego dowcipem. Teraz zastanawiałem się nad możliwością uzależnienia od trawki. Jednak nie o tym jest ten film. On jest o heroinie. Jak „My, dzieci z Dworca Zoo”. Dwa dni później wygooglałem „trawka”, żeby podejrzeć, czym grozi jej konsumpcja. Ze znalezionych stron nic konkretnego nie wynikało – poza mętnym porównywaniem do alkoholu – jako bardziej trującego. Dla mnie ostatnie tygodnie to prawie całkowita abstynencja alkoholowa i apoteoza snu. Wyspany łatwiej znoszę poranki w robocie. Nie muszę walczyć z oznakami zmęczenia, wzmocnionymi zatruciem alkoholowym. Umiem myśleć błystkotliwiej. Zmęczony wieczorem nie dotruwam się, by przytępić atakowane niesprzyjającą rzeczywistością zmysły. Otępiały wieczór w domu – świadomy dzień w robocie – i nagle Eureka: a gdyby zmienić ten porządek i przytępić zmysły na dobijającą agresywność pracodawcy, a w pełni świadomie nacieszyć się domem? Tak zrobiłem – i to był strzał w dziesiątkę. Biuro mnie przestało dręczyć – przestała do mnie docierać jego drażliwość. Nagle umiałem zakotwiczyć w jednym zadaniu do jego ukończenia – nieodrywany przez biurowe dystraktory. Ja decydowałem, co robię i trwałem w tym – do sukcesu – który, gdy stopniowo wracała wrażliwość na rzeczywistość – przynosił satysfakcję, a tym samym pozytywne nastawienie na resztę dnia w domu. Skoro nienawidzę roboty – to znieczulenie stosuję przed wejściem do biura, a z domem zaprzyjaźniam się każdego popołudnia na nowo – więc wracam pogodny, trzeźwy i bez znieczulenia. Nie dobijam zmęczenia procentami, dymkiem lub czatowaniem o niczym z nikim wartym mojego czasu. Zadowolony, że wiem, jak przestać uciekać od tego co w domu i poczuć się w nim najpewniej i najbezpieczniej – wybieram sen jako sposób na wprowadzenie się w stan regenerującej nieświadomości.

Magnetyzm przyjemności, jakiej dostarcza po przyjściu do domu sprawiał, że sporadyczne stały się dni, w których bym nie ulegał jego urokowi. Mój kochanek – Alkohol. Fazy Cuba Libre na przemian z okresami piwnymi i towarzyskim winnym przerywnikiem. Słowo alkoholizm przemykał mi przez głowę od wiosny. Pocieszałem się, że mimo wszystko atrakcyjniejsze było chodzenie do roboty. Zapijam jakieś deficyty na płaszczyźnie pozainstytucjonalnej. Jakąś część mnie powierzam upojeniu wywołanemu chemicznie. Zapewne to nie stan miniony. Lato upaja mnie jednak w naturalny sposób. Od tygodnia zapomniałem o moim jesienno-zimowym kochanku – butelce czegoś – niekoniecznie w towarzystwie. Właśnie raczej na odosobnieniu. Latem zapominam kupić rum lub wódkę. Czasami mam ochotę na lanego browca w plenerze – ale nie dla rauszu. Ostatnio dużo i z przyjemnością pracuję. Kolejny kochanek – praca. Mam się na baczności przed moimi kochankami. Historia z jednym nauczyła mnie ostrożności. Walczę czasami wbrew sobie, by nie wyłączyć już wszystkich fire walli. Pilnuję zaufania, by nie zamieniło się w naiwność.


  • RSS