monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: andaluzja

Te słowa wypowiedział jeden z bohaterów Happy together Wong Kar Wai’a na początku tego tysiąclecia. Usłyszałem je całkiem niedawno od kogoś, kto nie oglądał tego filmu. Trzeba zarzucić kotwicę, żeby tak naprawdę móc się wzbić pod niebo i rozwinąć skrzydła. Pamiętam, że dopiero, gdy wyprowadziłem się z akademika do mieszkania na mieście, do którego musiałem kupić węgiel, żeby palić w piecu kaflowym – poczułem się w Berlinie dobrze. Wcześniej niby mogłem robić co chciałem, wejść i wyjść, kiedy mi przyszło do głowy… ale nie robiłem tego – bo nie było stałego odniesienia, które uzasadniałoby konieczność mojego przyjazdu od rodziców po świętach tego a nie innego dnia. Gdy mieszkałem w akademiku nie było dziury wniebie, gdy wróciłem dzień lub dwa później. Od tego dłuższego pobytu w rodzinnym domu nie stawałem się szczęśliwszy. Byłem zawieszony pomiędzy, jak Cudzoziemka Kuncewiczowej. Dopiero, gdy udupiło mnie staroberlińskie mieszkanie blisko centrum – poczułem że oddycham i że wreszcie: po pierwsze wiem, co lubię, a po drugie dokąd chcę biec. Podobnie teraz – jestem mężczyzna udomowiony. Czerpię przyjemność z próby ugotowania pieczarek na boczku z czosnkiem jedzonych w Andaluzji. Podobne – choć nie takie same. Im częściej wyjeżdżam, tym bardziej chcę poczuć się tak jak na wyjeździe w domu i mieć tu pod ręką mój świat. Muszę tylko pamiętać, by podsycać obydwa bieguny mnie – bo to złudne, że osiądę na grządkach – jak nieprawdopodobne jest, że pełnię szczęścia da mi buszowanie między lotniskami. Wiedza ta pomaga uspokoić napięcia.

W smak

Brak komentarzy

Nowożytne problemy żywieniowe zrodziły się ok. 100 lat temu, gdy zaczęto produkować (i jeść) cukier. To problemy uzębienia i nadwagi – powiedział pan profesor w „naukowej kafejce” – w której przez przypadek w połowie grudnia wziąłem udział. To też problemy percepcji smaku. Od kiedy nie jem cukru w postaci białej śmierci, wyczuliłem się na smak i stałem się dla złego smaku bezwzględny. Po prostu przestaję jeść. Zacząłem gotować i interesować się jedzeniem. Od 24 grudnia schudłem już 8 kilo, a jem coraz lepsze i coraz więcej dobrych rzeczy. Pyszne, na przykład chorizo, i całą serię andaluzyjskich pyszności – z efektem „-1,5 kg” po powrocie do domu. Nie dotykam tylko pieczywa, ziemniaków, ryżu i słodyczy. Rezygnując z szerokości skali nagle wypłynąłem na głębokie tonie smaków. Wreszcie zbliżam się do tajemnicy smaku. Zapachu. I kolejnym moim hobby stało się gotowanie. Kupiłem masę przypraw. Spędzam masę czasu w kuchni – a rysy twarzy się wyostrzyły i znowu zdecydowanie i bez przymierzania kupuję S. Zeby nie mieć płaskiego tyłka – robię seriami przysiady i wypady – żeby dupka pozostała okrągła.

Znajomy architekt zrobił 6 lat temu kampanię dla wchodzącego na polski rynek Nikona pod hasłem „Odwagi”. Najbardziej boję się zawsze wysiłku. Głównie myślowego, mimo że on rzekomo nie boli. Lubimy leniwie poddawać się dryfowaniu, ale ono nie cieszy. Cieszy, gdy się znowu przełamiemy i odkryjemy nowy ląd. Przełamałem się zatem fotograficznie – idąc za hasłem wybrzmiałej już w mediach, ale we mnie stale aktualnej kampanii Nikona… i jeszcze raz przeczytałem instrukcję do mojego Canona EOS 450 D. A potem pod wrażeniem fotobloga
http://rzeczyzszuflady.blogspot.com/2010/05/taki-spacer.html
 zacząłem na nowo robić zdjęcia. Coraz lepsze. Przełamał mnie też jeden z prezentów imieninowych „poradnik fotografowania” – który połknąłem w czasie mojej ostatniej skandynawskiej wyprawy. Jednym tchem. Niby stary ten ląd był, ale jaki nowy. Robienie zdjęć zaczęło znowu cieszyć – bo lepiej rozumiem, co mówi do mnie poradnik fotograficzny i wiem wreszcie, o co chodzi w tej instrukcji obsługi. Od razu przestawiłem ustawienia w aparacie i jestem zadowolony, że odrobinę bardziej panuję nad efektem. Wyjaśniło mi się też, że to normalne, że zdjęcia robione w środku dnia są nieciekawe. Mi się nigdy nie chciało wstawać rano lub wieczorem latać za widoczkami – a tak właśnie trzeba, bo najbardziej dramatyczne jest światło z boku… Jest jeszcze jedno „pod wrażeniem” z ostatniego tygodnia i jeszcze jedno „odwagi”, które mnie przepełnia błogostanem. Pozwolono mi zajrzeć do sagi rodzinnej - napisanej przez obecną nestorkę rodu jako jej terapia na obecny stan odczuwania po ostatnich burzach emocji życiowych. Z pietyzmem przepisaną na 112 stronach przez najmłodszą latorośl i zilustrowaną własnoręcznie zeskanowanymi zdjęciami. Ponieważ wiem ile obydwie czynności trwać mogą, zdumiałem się, że ludzie których się o to nie podejrzewa potrafią wziąć oddech i usiąść na tyłku, oddając się niemal benedyktyńskiemu dziełu. Czytając między akapitami, prowadzony za rękę wśród albumu musiałem pomyśleć o ostatniej książce Grocholi, na którą właśnie zabrakło mi odwagi. Pierwsza rzecz, którą zrobiłem nazajutrz – to wizyta w księgarni. Mam już ostatnią Grocholę i cieszę się, że znowu się przełamałem i z ognikami w oczach połykam jej zdania i akapity. A tak się bałem, że może być nudne. Znowu mi się przypomina hiszpańskie przysłowie: „żyć w strachu, to żyć połowę”. Dziękuję ludziom za dostarczane mi zachwyty – mi właśnie one dają odwagi. Drżyj Andaluzjo. Nowy York potrzebuje jeszcze odwagi.
 


  • RSS