monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: barcelona

Palau Musica Catalana – musisz to zobaczyć w środku

Trzy rzeczy główne połączone pieszo drobniejszymi miejscami. Bez użycia metra – jeśli mieszkasz w centrum. Osią całego dnia jest Palau Musica Catalana. Musisz mieć zarezerwowane (w lecie najlepiej przez internet) zwiedzanie na określoną godzinę z przewodnikiem w j. angielskim. Ja w lutym podszedłem o 12:00 do kasy i dostałem bilet na zwiedzanie na 15:00. W lecie tak się nie dzieje. Do wszystkiego są kolejki i wszystko jest porezerwowane. Dlatego nie zwiedzam w lecie. Ten obiekt jest obowiązkowy. Magiczny. Będzie Twój. Mój dobry znajomy był tam nawet na koncercie. Zazdroszczę mu. Gdy uważnie obejrzysz „Wszystko o mojej matce” – to z klatki schodowej albo kuchni widać perspektywę na ten Pałac Muzyki dla ludu. W zależności od tego, jak godzina zwiedzania Pałacu podzieli Twój dzień, musisz uwzględnić w nim (w dniu)  jeszcze dwa domy. Ważniejszy z nich to Casa Batlo. Weź audio guida. I znowu – ja byłem drugi do kasy. W lecie podobno kolejki są kilometrowe, a tym samym dom przepełniony. Trzeba go zwiedzić w całości – od parteru po strych. Strych ma wspaniałe smaczki. No i daje możliwość pięknych zdjęć z panoramą dachów. Drugi dom – który już tak nie rzuca na kolana – ale ma jeszcze piękniejsze dachy i znakomite poddasze – to Casa Mila – z niego dobrze widać kolorowego ogórka Torre Agbar – najlepiej Casa Mila zachować na koniec dnia. Zanim się pójdzie od Palau Musica Catalana do obydwu domów – albo jednego z nich – jeśli Pałac miałby być w środku – warto przejść przez starówkę wokół Katedry – Gothic (oczywiście wchodząc do Katedry na 10-minutową kontemplację chłodu). Obiad proponuję w biegu – najlepiej chwytając coś w Boqueria – jednym z okazalszych bazarów wiktuałów przy La Ramblas. Będąc w tych okolicach musisz rzucić okiem nie tylko na fronton – starej, ale na wskroś nowoczesnej Teatro de Liceu. Bilety na miejsca bez widoczności są już od 7,5 Euro – więc można się pokusić (oczywiście z wyprzedzeniem i w internecie) o kupienie ich miesiąc lub kilka przed przyjazdem – o ile w lecie w ogóle grają. Sam teatr jest tego wart. Wrażenia ze słuchania muzyki i oglądania choćby publiczności – niezapomniane. Jeśli masz jeszcze siły tego dnia – i czas – to usiądź gdzieś, zjedz coś dając odpocząć nogom i wypij jakieś katalońskie wino. Jutro marszruty ciąg dalszy – do Sagrada Familia i do Parc Guell. Wypoczniesz trzeciego dnia. O tym – następnym razem.

Torre Agbar – zobaczysz dobrze z dachu Casa MIla. Ten gigantyczny wibrator kolorów dostanie po zmroku.

 

 

Mrau

Każdy wie, gdzie pójść na lampkę wina lub piwa późnym wieczorem, chcąc oglądać i być oglądanym lub po prostu zagadać do przystojniaka o czarującym uśmiechu. W Barcelonie tylko tacy są – i to wyjaśnia pozycję jeden tego miasta w moim europejskim rankingu. Wychodzisz z kimś na wino i niekoniecznie lądujesz w jego łóżku – ale na przykład na jakiejś domówce u jego przyjaciół a potem na tour de disco, zawieziony tam jego motocyklem. Jeśli mocno między Wami iskrzy – to oczywiście nic nie musi stać na przeszkodzie przyjemnym kontaktom bliskiego stopnia – ale po sympatycznej pogawędce nad czymś dobrym w szklance w barze w okolicy jego mieszkania lub Twojego hotelu. Ulice L’Eixample są na tyle gorące, że potrafi zaiskrzyć między Tobą, a kimś po drugiej stronie ulicy – niejako w drodze na randkę. Wzrokiem pytasz – czy on przejdzie na Twoją stronę, czy Ty na jego – i już tokujecie w najlepsze lustrując się wymownie od stóp do głów i demonstrując duże uznanie rozmówcy. Pogawędka na kilka przecznic zakończona dość soczystym pocałunkiem na pożegnanie to niesamowitość, która naturalnie wpisuje się w to miejsce – gdzie oto Francuz (oni to mają ten dodatkowy błysk w oku) flirtuje z Tobą w najlepsze zanim uda się w swoją stronę, żałując, że masz już plany (a Ty w sumie też pożałujesz – bo hiszpańsko ognisty ten kogucik). W L’Eixample można spędzić kilka wieczorów. Najlepiej przyjść tu w wieczór po przyjeździe – żeby odpocząć po trudach podróży i znad piwiarnianego lub winiarnianego stolika oglądać tutejszą młodzież w każdym przedziale wiekowym, chwytając jej spojrzenia lub puszczane oko. Tu łatwo o spontanicznego rozmówce – którego w piątej minucie można zagadnąć o rekomendacje do zwiedzania. Pamiętać należy, że tubylcy na ogół nie zwiedzają atrakcji turystycznych i raczej byli w atrakcyjnych miasteczkach w okolicach Barcelony. Będą za to świetnie się orientować w klubach i dyskotekach – warto zanotować, co polecają i na co się krzywią.

Sagrada Familia. Koniecznie.

Wiktor jedzie do Barcelony. Już drugi raz. Za pierwszym razem zawrócił w pół drogi w dużej mierze ufundowanej przez klientów cukierni, którym wystawił pudełko na napiwki z jasno wypisanym na nim celem. Tym większa w nim determinacja teraz. Mam doradzić, co zwiedzić w lipcu w Barcelonie. Trudne – zwłaszcza, że ja to miasto najbardziej ze wszystkich europejskich pokochałem w lutym. Byłem tam też w kwietniu. O letniej Barcelonie opowiadali mi tylko znajomi – pieruńsko gorąco – że zwiedzać się mało chce. Wysłałem raz też znajomego taksówkarza na moje szlaki – wrócił zadowolony.
Po pierwsze obowiązkowa jest Sagrada Familia. Ja szedłem do niej na piechotę w towarzystwie pewnego Meksykanina, który rok swego życia przestudiował w Krakowie. Dawno już. Wyruszyliśmy z mojego hoteliku, który był przy samym Placa de Cataluna – od Placu de Cataluna do Casa Mila szliśmy dostojnym Passeo de Gracia, przy Casa Mila skręciliśmy w kierunku kościoła w prawo i szliśmy ulicami z mieszczańskimi kamienicami. Sagradę zwiedza się (wstęp 12,- Euro) najlepiej z Audio Guidem (4,- Euro) – nie kojarzę, żeby był po polsku. Mi to zajęło jakieś 2 godziny – przy czym ja nie wjechałem na górę windą (przyskąpiłem) – ale potem widziałem zdjęcia pewnego znajomego z góry – i żałowałem, że nie pojechałem. Z Sagrady poszedłem na piechotę do Park Guell – to obowiązkowa pozycja na mapie Barcelony. Czas przejścia – jakieś 45 minut (rekomenduję chodzenie na piechotę) – czas łażenia po parku – 1,5 godziny. Przy takim rondzie już niedaleko Parku jest kamienica Gaudiego – przy której zaczyna się „Wszystko o mojej matce” – przepiękna. Po łazikowaniu po Park Guell nogi będą już właziły w tyłek i będzie się miało ochotę na przejście do horyzontalnej – stamtąd metrem proponuję pojechać nad morze – i odpocząć nad wodą. Po takiej marszrucie tego dnia nie będzie ochoty już na nic – jeśli jeszcze jest trochę siły – można od morza przejść La Ramblas w kierunku starego miasta i Katedry rzucając po drodze okiem na Palau Guell, Teatro del Lyceu, Buquerię i kramiki z pamiątkami. Tego dnia można już tylko coś zjeść i coś wypić. Gdziekolwiek się nie pójdzie po drodze – będzie cudownie.

Ihr Süssen

1 komentarz

Grudzień to optymalny moment na zakończenie roku. Dzień krótki, wieczór długi, śnieg pada – doskonała pora na imprezę. Niektórzy w tym celu migrują po kilka tysięcy kilometrów. Sylwester na Copa Cabana. Albo w Barcelonie. Ta barcelona przysłała życzenia nawet. Takiej treści: „Szczęśliwego Nowego Roku z Barcelony. Ole.” życzenia moskiewskie. Po co to robi? Zyczenia przyszły o 00:15. Nie chciałem ich otwierać – ale w końcu rano po 9.00 musiałem zdecydować – zachować się jak dziecko, czy spojrzeć strachowi w wielkie oczy. Wydało mi się to przykre. Po co to robi. Odpowiedziałem: „Szczęśliwego Nowego Roku… hahaha – też z Barcelony. Zastanawiam się, czy nie jesteśmy w tym samym hotelu: Continental Palecete na Rambla Catalunya.” Na mój esemes nie nadeszła odpowiedź. Czy to znaczy, że moje wojaże do Londynu i Paryża były takie wspaniałe (mimo że samotne), bo stale się ktoś gdzieś w świecie interesował jak mi tam? Bo wiedziałem, że o mnie myśli i podrzuca podpowiedzi co robić i żeby uważać i zachowywać się bezpiecznie i żeby zwiedzić to lub tamto i żeby nie zachowywać się nazbyt ryzykownie? Czy to znaczy, że ktoś, kto zapomina złożyć mi urodzinowe życzenia ale nie zapomina przesłać „Szczęśliwego Nowego Roku z Barcelony” – ale potem nie proponuje, żeby się spotkać w tej Barcelonie – skoro pół Europy przemierzyliśmy, żeby tam dotrzeć – to znaczy, że niespełniony w niej jest? Może nie mam się nad sobą użalać – tylko nad nim łzę uronić powinienem? Lubię to zdanie: „to piękne kobiety, na spotkanie z nimi też Cię wyposażę.” Chodziło o Barcelonę właśnie i Lizbonę. W kolejce do kasy w Leclercu telefon. życzenia. Takie prawdziwe (jak w mojej młodzieńczości jestem przekonany). Nie dlatego, że ktoś jest gdzieś i ma tymi życzeniami możliwość mi o tym zakomunikowania. Po prostu – ma ochotę wysłać mi trochę tej energii odświętnej.

Jeśli miałbym sobie czegoś życzyć – to po pierwsze sukcesu. Sukces podnieca mnie najbardziej. Sukces to po prostu powodzenie podjętego wysiłku i realizacja zamierzenia. Choćby tego śmiesznego noworocznego.

Rozumiem, że jeśli dla kogoś (choćby bezwiednie) byłem przykry, to on zechce być przykry dla mnie. Dobrze mi tak.
Chciałbym jednak, by nikt bezinteresownie nie kontaktował się ze mną tylko po to, żeby zrobić mi coś przykrego.
Bardzo chciałbym, by Moskwa, która tak naprawdę nic ode mnie nie chce, po prostu nic nie chciała. By się ze mną nie kontaktowała przez Hiszpanię, ani żadne inne miasto, jeśli ode mnie nic nie chce.

A jaki dostałem prezent? Największy to ten, że gdy wieczorem się zastanawiam, czy zrobić sobie drinka – przychodzi mi do głowy – jeszcze chwilkę potłumaczę, popiszę, poszperam dla moich zleceniodawców lub dla moich planów turystycznych – i najwyżej potem. Końcówka tego roku rozbudziła we mnie ochotę do działania. Nawet jeśli to ona mówi – że czuje się mną zainspirowana. Znowu mam to uczucie, że czegoś chcę. Dziękuję Ci stary roku. Szkoda że się skończyłeś. Dla mnie jednak się nie kończysz. Rozumiem, że producenci szampana i wina musującego potrzebują Sylwestra, a producenci bielizny potrzebują Walentynek, a producenci dóbr rozmaitych „boxing day”… Dziękuję za prezenty. Potrzebuję czasu, by znowu zacząć robić prezenty. Trochę się tego boję. Bo chwilę wcześniej robiłem nie dla tych osób i nie wtedy, gdy było warto. Tamte nie zostały odwzajemnione przez tego i wtedy. Są odwzajemniane teraz. I znowu się potwierdza moja teoria przepływu energii w kosmosie. Wysłana wróci. Wróciła. Postanawiam nauczyć się znowu wysyłać;) Zwłaszcza, że znowu mi się chce.

chair New Year 2010

Cieszę się z tej góry prezentów, którą zafundował mi kończący się stary rok. Nowy, jeśli chciałby być lepszy musi się zabierać do roboty.
życzę Ci spokoju, poczucia przyjemności i spełnienia, mój Prezenciku:)
Buziak

ps. Ja się wczoraj ani deka nie nudziłem. Mi się chciało autentycznie spać. Obudziył mnie fajerwerki sąsiedniego pensjonatu, który zawsze urządza imprę sylwestrową. Fajerwerki były super. Dopiero dzisiaj składam życzenia Noworoczne rodzicom i znajomym. 


  • RSS