monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: berlin

Po raz pierwszy nie dbałem o to, jak wygląda. Zajmowało mnie, jak się w nim czuje. Oczywiście, że jako turysta, ale nie taki od atrakcji do atrakcji – mimo że program miałem przygotowany na kilka opcji. W tym mieście stałem się dorosły i męski. To miasto to metafora moich dążeń. Być niezależnym: dbać o siebie, zmieniać się i udoskonalać niezależnie od towarzystwa i od tego, czy ono nadąża, czy nie. Berlin pokazał mi już trzy lata temu, że nie będzie czekał na mnie z przeobrażaniem się. On sobie bierze, co lubi. I to mu służy. Utwierdza mnie w tym, że żeby być lepszym – wystarczy robić, co się uważa za słuszne. Berlin się nie ogląda na nikogo. Nie roni łez. Nie popada w egzaltację. Bierze się za siebie ostro. Z pożytkiem dla podziwiających. Bär-lin. Znaczy misiowe miasto.

Szczyt marzeń

1 komentarz

Gdzie jest, kurwa, napisane, że mam być szczęśliwy? To zdanie o sobie z przeszłości powiedział kiedyś Bliski. To zdanie pasowało i czasami pasuje do mnie. Do Ciebie, który to czytasz, zapewne też. Co mnie uprawnia do zwieszania nosa na kwintę, jeśli nie zachwyca mnie to, co dostaję od życia. Może mi to niepisane? A może napisane, tylko że nie widzę, że życie chce najpierw, żebym ja w to szczęście coś zainwestował. Może wcale nie domagam się mało? A jeśli ja chcę dużo, to muszę wznieść się na znacznie wyższy poziom bytu. Im mniej koncentruję się na użalaniu nad sobą, że dostaję tak mało, a przechodzę do pracowania – nad edukacją, nad zadowoleniem pracodawcy, nad słuchaniem innych, nad zapamiętywaniem jak mają na imię i co mi już o sobie opowiedzieli, nad zwracaniem uwagi, co lubią, co ich zachwyca, a czego pod żadnym pozorem nie cierpią – gdy będąc z nimi zakładam okulary ich optyki świata, nagle zasypuje mnie grad prezentów. Ostatnio na mój życiowy układ usłyszałem w komentarzu znajomego: „I to jest szczyt Twoich marzeń”. Odpowiedziałem, że powoli nie wiem, czy to, o czym zawsze wydawało mi się, że marzę – to to, co by mnie uszczęśliwiło. Teraz, gdy nie czuję się oszukiwany, gdy mogę polegać na słowie, gdy nie wyczekuję na wyimaginowane wzloty – jest mi dobrze, bo żal i łzy, i czasami uporczywe trzymanie się tego, co mnie nie chce, nie przesłaniają mi tego wszystkiego miłego, co właśnie na srebrnej tacy podaje mi świat. Miła pogawędka, kufel piwa w spontanicznym towarzystwie, moje imię wypowiedziane w rozmowie z dopiero co poznaną osobą, rekomendacja filmu lub piosenki, pomysł na wycieczkę… Dlatego wolę prawdziwe tu i teraz silne wolą uczestników niż zadekretowaną i odpańszczyźnianą, czasem jak cierń kłującą i oszukującą przyszłość, pokrywającą zakłopotanie, że nic nie będzie jak wczoraj, unikaniem pewnych tematów, które niewypowiedziane nabrzmiewają w udawanej i zagadywanej pierdołami przestrzeni wspólnej.

W tym roku niemieckie i polskie święta narodowe świętuję w Niemczech. I co z tego, że nigdy wcześniej o tym nie marzyłem. Pewno sam nie wiem z góry, co da mi szczęście

Na krótko wpadłem do Massimo Dutti, żeby odebrać skrócone białe spodnie. Po drodze jeszcze siostrzana Zara – tam dwie koszule i jeszcze jedne, tym razem lniane spodnie do odbioru po skróceniu w najbliższą sobotę. W przymierzalni spędziłem chyba z godzinę. 12 różnych innych rzeczy. Wziąłem z nich tylko takie, które nadają się do roboty. Pomyślałem, że czuję się bezpłciowo, bo nie biorę nic odważnego. Nic, co wyzywa moją samczość. I jeszcze raz sobie przypomniałem – samczo czuję się zaakceptowany jako facet całujący się na ulicy.


  • RSS