monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: cuba

Te słowa wypowiedział jeden z bohaterów Happy together Wong Kar Wai’a na początku tego tysiąclecia. Usłyszałem je całkiem niedawno od kogoś, kto nie oglądał tego filmu. Trzeba zarzucić kotwicę, żeby tak naprawdę móc się wzbić pod niebo i rozwinąć skrzydła. Pamiętam, że dopiero, gdy wyprowadziłem się z akademika do mieszkania na mieście, do którego musiałem kupić węgiel, żeby palić w piecu kaflowym – poczułem się w Berlinie dobrze. Wcześniej niby mogłem robić co chciałem, wejść i wyjść, kiedy mi przyszło do głowy… ale nie robiłem tego – bo nie było stałego odniesienia, które uzasadniałoby konieczność mojego przyjazdu od rodziców po świętach tego a nie innego dnia. Gdy mieszkałem w akademiku nie było dziury wniebie, gdy wróciłem dzień lub dwa później. Od tego dłuższego pobytu w rodzinnym domu nie stawałem się szczęśliwszy. Byłem zawieszony pomiędzy, jak Cudzoziemka Kuncewiczowej. Dopiero, gdy udupiło mnie staroberlińskie mieszkanie blisko centrum – poczułem że oddycham i że wreszcie: po pierwsze wiem, co lubię, a po drugie dokąd chcę biec. Podobnie teraz – jestem mężczyzna udomowiony. Czerpię przyjemność z próby ugotowania pieczarek na boczku z czosnkiem jedzonych w Andaluzji. Podobne – choć nie takie same. Im częściej wyjeżdżam, tym bardziej chcę poczuć się tak jak na wyjeździe w domu i mieć tu pod ręką mój świat. Muszę tylko pamiętać, by podsycać obydwa bieguny mnie – bo to złudne, że osiądę na grządkach – jak nieprawdopodobne jest, że pełnię szczęścia da mi buszowanie między lotniskami. Wiedza ta pomaga uspokoić napięcia.

Szukałem w głowie niemieckiego słowa na śnieżycę i udało mi się wygrzebać tylko odpowiednik zamieci. Przesuwając się w klatce mojego samochodu we wczorajszym korku nadrabiałem kontakty ze światem, które ostatnimi czasy mocno zaniedbałem, bo chyba za dużo fuch złapałem. Mój mobilny telefon wydatnie mi w tym pomagał. Na mój list kumpel z Nadrenii (mówi bardzo mocnym dialektem – tak jakby słuchać Kaszuba) napisał, że u nich wprawdzie też dziś śniag pada, ale zamieci nie ma. Hm – ja chciałem tylko powiedzieć, że jest śnieżyca… Wyjrzałem za okno – w sumie wiatr hulał… zostałem zatem przy zamieci. Więc – gdyby się kto pytał, to wczoraj tu hulała zamieć – nie śnieżyca. Trochę zazdrościłem tym, którzy wyjechali na przykład na Cubę, że oszczędzili sobie tej zaśnieżonej atrakcji z korkiem na ponad 5 godzin. Na ogół wybieram cele moich city breaków nie dalej niż 4 godziny połączenia lotniczego od Warszawy – tłumacząc się – że podróż do takiej Lizbony trwa krócej niż na Mazury. Ponieważ te nieobejrzane metropolie Europy (na razie celowo omijam niemieckie) mi się powoli kończą wczorajszy dzień dał mi wspaniałe wytłumaczenie do dalszych celów podróżniczych. Będę mógł powiedzieć teraz: Istambuł – to betka, będę tam szybciej niż z pracy do domu w trakcie zamieci. Zastanawiałem się też trochę po co mi blog skoro facebook jest dynamiczniejszy? Wpisy tam nie zajmują nawet 2 minut, a nad tymi do tu zastanawiam się niekiedy przez kilka dni zanim usiądę do klawiatury. To chyba jest też odpowiedź. Tu lubię się nad czymś zastanowić, a nie wypuścić parę z siebie. Poza tym tam raczej dostaję inspiracje od innych, taką niekończącą się gazetę. Te blotki tu zainspirowane są relacjami z innymi ludźmi. Ze specjalnymi ludźmi. Te tu wchodzą głębiej i są odważniejsze. Zdecydowałem się nie promować tego bloga na moim profilu na fejsie. Niech będzie takim niszowym slow-foodem;)

Czarujący Czaruś. Polubiłem to od razu.
No bo kto by nie polubił;) – Mały Książę.  – Wszystko zmierza do zdrobnienia mnie. Jedna z koleżanek w pracy mawiała do mnie „Kocurku”. Wzbudzało to we mnie pewną niepewność (chyba powinienem napisać „swojego rodzaju niepewność” – bo nie ma pewnej niepewności – chyba). Podobno na zdjęciach – zwłaszcza tych robionych sobie w lustrze I-Phonem – przybieram imperatorski wyraz twarzy – muszę ściągnąć te foty z I-Phona wreszcie na kompa i ocenić je w większym formacie. Dla miłośników „men in the mirror” (zanućcie sobie M. Jacksona z „Bad” przy okazji):
http://guyswithiphones.com/
 .

Czy ten Czaruś i ten Mały Książę – to zewnętrzne opakowanie mojej młodzieńczej naiwności? że niby ją jeszcze w sobie mam i w dodatku nawet pokazuję na zewnątrz? Znaczy, że przede mną jeszcze wszystko? ze jeszcze nie zgorzkniałem? i znowu kiedyś, a może w nie tak odległej przyszłości wyłączę wszystkie fire walle?

Co to jest to wszystko? Co znaczy, że się wyleczyłem z Moskwy?
To znaczy, że nie trzymam weekendów w zapasie dla nie wiem kogo. Kogoś, kogo wyhodowałem tylko w mojej głowie.
To znaczy, że nie sprawdzam na telefonie, czy oto właśnie nie nadszedł sms. A gdy nadejdzie nie mówię do siebie „wreszcie”. Zapomniałem, co to są sms-y. O jak to lubię. Lubię to życie zwykłe. Po prostu.

Takie oto zdanie dostałem: „Dziękuję za podziękowania i życzenia”. To najwyższa szkoła jazdy. „Dziękuję za podziękowania” – za to sformułowanie duży buziak. Ale ja też umiem operować ciętą ripostą. Buziaki się zatem na mnie posypią.

Dla wytrwałych motyw reklamowych z mojego zapachu, już od 18 lat. (wcześniej były tylko dezodoranty z NRD)

a to mała pomoc dla dociekliwych;)


  • RSS