monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: elizabeth-gilbert

Nie pomyślałbym, że jestem takim laikiem, jeśli chodzi o posługiwanie się mową ojczystą. Bo z tym, że jestem laikiem geograficznym, zdołałem się pogodzić z otwartą przyłbicą. Wielu światłych rodaków zachęca np.: „Jest chłodno. Zabierz ze sobą ciepły swetr.” Wprawdzie dawno już nie słyszałem tego zdania, ale to na nim właśnie podręczniki poprawności językowej i wielu felietonistów  wyjaśnia zjawisko ruchomego „e”, które jest winne temu wykolejeniu mianownika. Mnie ruchome „e” dopadło w Rzymie. W Rzymie, do którego ni z gruszki ni z pietruszki właśnie zamierzam się udać. Dlaczego akurat tam? Bo tam pojechała Amerykanka, która szuka siebie pisząc „Jedz módl się kochaj”. Rzym skreślałem podczas ostatniego lata przeszukując lotnicze okazje. Może dlatego, że tam już byłem, a jest tyle miejsc, gdzie być może udać się już nie zdążę. Amerykanka maluje Rzym jako czystą przyjemność, a taką rekomendację trudno zlekceważyć – temu przecież służyć mają city breaki. Rzym jest poza tym dużo tańszy od Paryża, Londynu i Oslo. Może Rzym ma coś w sobie z zalotnej i filuternej Barcelony? Amerykanka jest zauroczona tamtejszymi facetami – ona musi wiedzieć, co pisze – w końcu też jest rakiem. I też miała słabość do męskich bliźniąt. Z przyjemnością sprawdzę tę rekomendację w pierwszy lub drugi weekend grudnia. Metropolia nad Tybrem, bo płynie przez nią Tyber (choć dałbym głowę, że to „e” powinno wypaść z tego mianownika.

Rozwód

Brak komentarzy

Za każdym razem, gdy wreszcie po coś sięgnę (film albo książkę) po ponad stukrotnym potknięciu się o to (jak w piosence Anny Jantar – że trzeba się łupnąć w drzewo) – obiecuję sobie, że nie będę bronił się przed tym, co jest bestsellerem – bo przecież nikt nie robił sobie na złość coś lubiąc i płacąc za to pieniądze. A jednak mi się to nie udaje. Zawsze bestsellery w pierwszej fazie umieszczam na liście skreślonych. Tak było też z Matrix. Tak było z Marzycielem. Tak było z masą innych rzeczy, które polubiłem, a nie mogłem ich na dobre wykreślić ze świadomości i zanegować na zawsze, bo one zaczęły być odniesieniem dla kolejnych – czyli, żeby rozumieć kolejne rzeczy i autorów, musiałem się pofatygować do listy skreśleń. I takim odkryciem leżącej na wierzchu, na promocyjnym stole w każdej księgarni książki jest w ostatni weekend rozpoczęta Elizabeth Gilbert „Eat pray love”. No może robię to inaczej niż inni, bo audiobooka sobie ściągnąłem po angielsku czytanego przez autorkę (bardzo przyjemny głos), a ponieważ mój angielski nie jest na tyle dobry, żeby zrozumieć każdy smaczek, pauzę i westchnienie, to ściągnąłem dodatkowo e-booka po polsku. Delektuję się tym miłym w uchu, co czyta Elizabeth, a dla jasności umysłu wspieram to przebieganiem okiem (w oddalonej najczęściej chwili, bo już nie w samochodzie w czasie jazdy) po stronach wydrukowanego według mojej własnej koncepcji skryptu. Wmawiam sobie, że oto uczę się angielskiego. Ale ja naprawdę się tak uczę angielskiego. W ten weekend odkryłem nie tylko e-booki – że istnieją naprawdę i że można je za złotówkę kupować, to jeszcze dotarłem do niedostępnego wcześniej mojemu rozumowi ściągania filmów. Od razu cztery ściągnąłem – czyli weekend przepędziłem w łóżku na czytaniu, oglądaniu i słuchaniu – choć pogoda nie była najgorsza.
——————–
Książka pisze jakby moimi słowami:
„Uzależnienie jest charakterystyczne dla każdego opartego na zauroczeniu romansu. Wszystko zaczyna się, kiedy obiekt twojego uwielbienia obdarza cię dawką oszałamiającego i halucynogennego środka, o jakim nigdy wcześniej nawet nie ośmieliłabyś się pomyśleć – ten emocjonalny narkotyk składa się z porażającej miłości i przyjemnie drażniącej ekscytacji. Wkrótce zaczynasz łaknąć tego silnego zainteresowania równie obsesyjnie jak każdy ćpun na głodzie. Kiedy narkotyku zabraknie, natychmiast chorujesz, szalejesz, słabniesz (żeby już nie wspomnieć urazy do dilera, który przecież doprowadził do tego uzależnienia, a teraz już nie chce dostarczać dobrego towaru – mimo że ma go gdzieś w ukryciu, niech to szlag, bo przecież zawsze dawał ci go za firko). … Tymczasem stajesz się coraz bardziej odpychająca dla obiektu swojego uwielbienia. Patrzy na ciebie jakby cię nigdy wcześniej nie widział, a już na pewno nie jak na kogoś, kogo kiedyś tak namiętnie kochał. Ironia tkwi w tym, że nawet nie możesz za bardzo go winić. No bo przyjrzyj się sobie. Jesteś żałosnym straszydłem, sama się nawet nie rozpoznajesz. I tak to wygląda. Osiągnąłeś ostateczny punkt zauroczenia – całkowitą i bezlitosną deprecjację własnego ja.”


  • RSS