monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: facebook

Działa

2 komentarzy

W tytule jest czasownik, a nie rzeczownik. Działa Facebook. W sobotę o całkiem przyzwoitej porze skończyłem jedno wielkie tłumaczenie i skosiłem trawnik. Czekała mnie jeszcze redakcja przetłumaczonych tekstów – ale niedziela do południa powinna na to wystarczyć. Zastanowiłem się przez moment, że może jakieś kino? Niby nic nie było, ale tak naprawdę to mi się nie chciało iść do kina. Przypomniała mi się Patti Diphusa – wbiłem w google, które powiedziały, że grają ją dzisiaj. Suuuuuper. Wprawdzie jestem na to zaproszony, ale pomyślałem, że najwyżej na zaproszenie pójdę jeszcze raz – a teraz to świetna nagroda za pracowity weekend. Próbowałem zadzwonić do teatru, i dopytać, czy są bilety, co by nie jechać na darmo. Nikt nie odbierał. Cóż – napisałem maila. W tle zacząłem adjustować przetłumaczone teksty. Nagle – teatr odpowiedział mailem. Było jeszcze 50 biletów. – ale nie rezerwują. Cóż – pomyślałem – szybka piłka – jadę – kupię bilet – a potem zainstaluję się w jakiejś kafejce z internetem i dalej będę przed przedstawieniem redagować teksty. W międzyczasie zostawiłem posta na FB – że jest jeszcze 50 biletów i że ja właśnie jadę. Marta napisała – że też idzie. hahaha. Odpisałem, że super i że stawiam wino w antrakcie. Patti Diphusa jest jednoaktówką – więc wino postawiłem po. Poszliśmy do najmodniejszego lokalu Warszawy – faktycznie było jak w Madrycie – ludzie przed – Charlotte. Super udany wieczór z blondynką – jak w „Słomianym wdowcu”. Zabawne jest, że ja w ten weekend faktycznie byłem Słomianym Wdowcem. Lubię FB – ma takie przyjemne przełożenie na rzeczywistość;)

Szukałem w głowie niemieckiego słowa na śnieżycę i udało mi się wygrzebać tylko odpowiednik zamieci. Przesuwając się w klatce mojego samochodu we wczorajszym korku nadrabiałem kontakty ze światem, które ostatnimi czasy mocno zaniedbałem, bo chyba za dużo fuch złapałem. Mój mobilny telefon wydatnie mi w tym pomagał. Na mój list kumpel z Nadrenii (mówi bardzo mocnym dialektem – tak jakby słuchać Kaszuba) napisał, że u nich wprawdzie też dziś śniag pada, ale zamieci nie ma. Hm – ja chciałem tylko powiedzieć, że jest śnieżyca… Wyjrzałem za okno – w sumie wiatr hulał… zostałem zatem przy zamieci. Więc – gdyby się kto pytał, to wczoraj tu hulała zamieć – nie śnieżyca. Trochę zazdrościłem tym, którzy wyjechali na przykład na Cubę, że oszczędzili sobie tej zaśnieżonej atrakcji z korkiem na ponad 5 godzin. Na ogół wybieram cele moich city breaków nie dalej niż 4 godziny połączenia lotniczego od Warszawy – tłumacząc się – że podróż do takiej Lizbony trwa krócej niż na Mazury. Ponieważ te nieobejrzane metropolie Europy (na razie celowo omijam niemieckie) mi się powoli kończą wczorajszy dzień dał mi wspaniałe wytłumaczenie do dalszych celów podróżniczych. Będę mógł powiedzieć teraz: Istambuł – to betka, będę tam szybciej niż z pracy do domu w trakcie zamieci. Zastanawiałem się też trochę po co mi blog skoro facebook jest dynamiczniejszy? Wpisy tam nie zajmują nawet 2 minut, a nad tymi do tu zastanawiam się niekiedy przez kilka dni zanim usiądę do klawiatury. To chyba jest też odpowiedź. Tu lubię się nad czymś zastanowić, a nie wypuścić parę z siebie. Poza tym tam raczej dostaję inspiracje od innych, taką niekończącą się gazetę. Te blotki tu zainspirowane są relacjami z innymi ludźmi. Ze specjalnymi ludźmi. Te tu wchodzą głębiej i są odważniejsze. Zdecydowałem się nie promować tego bloga na moim profilu na fejsie. Niech będzie takim niszowym slow-foodem;)


  • RSS