monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: independance-day

Mocne było podczas wyjazdu z nim w delegację do Krakowa, gdy nie chciał się całować w łóżku na początek wieczoru, a rano nagle podszedł do mnie ubranego i gotowego do opuszczenia hotelowego pokoju i powrotu do Wawy i zaczął mnie nagle całować ze wzmożoną siłą. Wieczorem, kilka godzin wcześniej twierdził, że właśnie pocałunki zarezerwowane są dla kogoś innego. Byłem trzeci w tym układzie. Ale nie w tym łóżku. Mimo całej drogi po ówczesnych drogach zainwestowanej w nasze dziewicze łóżko, zapragnąłem w spokoju zasnąć. I nie miało to nic wspólnego z zakochaniem lub nie. To miało wiele wspólnego z godnością. Z godnością człowieka. Chłopaka trzydziestoletniego wówczas. Zapytałem: „Dlaczego to robisz?” Odpowiedział: „Bo dotarło do mnie, że nie da się mieć czegoś tylko trochę.” Odpieczętowałem pocałunek, wstałem życząc mu udanej konferencji i wróciłem do biura w Warszawie, jakby nigdy nic. To była moja pierwsza męska miłość. Kosztowała mnie 1,5 roku lizania ran. Kolejna przyszła 8 lat później. Czułem, że trwała raptem miesiąc. Ale szamotałem się z nią znacznie dłużej chcąc jej wyszarpać coś więcej, niż miała. Wyszarpałem jej wyjazd na wakacje. Każdy dzień tych wymarzonych wakacji po godzinie 16.00  – czyli po zejściu z deski z żaglem – wchodziłem do jachtklubowej toalety, żeby się nasztachać trawą. I żeby nie czuć tego, co niestety czułem. Zeby nie czuć, jak mało we mnie godności, gdy zmuszam jego i siebie do bycia razem. By nie czuć, jak pragnę i delektuję się jego obecnością, któremu spieszyło się dokąd indziej. Pamiętam doskonale w drodze powrotnej znad morza: on prowadził i stawał się coraz bardziej nieznośny swoim mentalnym oddaleniem – a ja, kurwa - doskonale to wyczuwałem – poszedłem do toalety na statoilu, żeby się dosztachać i żeby stracić świadomość jego i świadomość, jak bardzo mu się odwidziało, a jak bardzo mi nie. Wszystko było wtedy symboliczne i znaczące. Bałem się, że gdy powiem, co mi nie leży, albo po prostu przestanę odpowiadać na sms-y lub odbierać telefony, że stracę coś, co mogłoby być.
Cieszę się – że wreszcie się tego nie boję. Jeżeli czuję, że coś jest nie tak. To to jest nie tak.

Ubiegły rok na początku lipca dał mi kopniaka i siłę do zniesienia wszystkich kopniaków w przyszłości. Pewien rodzaj nabytej odporności. Swoją drogą oduczył mnie też odrobiny egoizmu – albo uzmysłowił, jak bardzo rozczulam się nad sobą samym. Są trzy książki, o których mocno myślę w kończącym się tygodniu. Jest też debata prezydencka. Niestety w moim odczuciu wygrał Jarosław Kaczyński. Zapanował nad porywczością. Obnażył puste gesty Komorowskiego. Obnażył mnie. Nie umiałem się sam przed sobą obronić – i zastanawiam się, czy nie będę w dniu wyborów panną młodą jak z piosenki 2+1 – „mój piękny Panie…” – zdradzę. Zakreślając Bronka wyślę moją myśl (na szczęście nietęskną) ku Jarkowi. Jak w książce Leviego, którą skończyłem przed godziną.


  • RSS