monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: madryt

Gdy mówi „Mam doła”, rozumiem „jestem zaskoczony / rzeczy dzieją się szybciej niż bym się spodziewał”. Myślę, że się spodziewał, że Ci goście nie kochają się, jak on go kochał i czuł się być kochany przez niego. Bał się tej miłości. Pozwolił na wypełnienie luki przez tego trzeciego. Nigdy nie wierzył w ten płomień, ale go akceptował, jak w pełni akceptował decyzje tego, którego kocha. Kocha go, mimo że wie świetnie, że szansę na partnerstwo z nim przegrał swoim tchórzostwem kilkanaście lat temu. Zdarzyło się w ostatnich dniach coś, co wszyscy chyba przeczuwali, a on mówi – mam doła i zaczynam wątpić w związki. Co ja myślę? Ze nigdy nie zwątpił. Wierzy w prawdziwość. Wie – kiedy kompromis zapomina, że jest kompromisem. I że on nie potrwa. Jest wrażliwy, nawet jeśli się przed tą wrażliwością broni.

Ballada

Brak komentarzy

Od kiedy w Londynie dotarłem na check-in zamiast 45 minut przed odlotem jedynie 41 minut przed odlotem – i nie zostałem odprawiony (antyrekomenduję AirLingus), a raczej zostałem odprawiony z kwitkiem i za solidną dodatkową opłatą przez 24 godziny mogłem odpoczywać w podziemnym hotelu „Yotel” – trzy obiekty istnieją w Londynie, Amsterdamie i NY – po szaleństwach przedbożonarodzeniowego Londynu, na lotnisku zjawiam się dużo za wcześnie. Zwłaszcza w Warszawie gdy lot jest np. o 10.00. Wolę wyjechać przed 7:00 z domu – w przeciwnym razie nie dojadę. Zabroniłem sobie psiukania się tym duszącym w tzw. Duty Free - od kiedy o mały włos przy którymś lądowaniu napsiukany czymś brązowym o mały włos nie musiałem zrobić użytku z torebki zdeponowanej w tyle siedzenia przede mną. Odkryłem sklep z książkami po angielsku w cenach po polsku. Kupiłem mojego autora numer 1 – Kena Folletta „Scandal Modigliani”, serwetki z deseniem kujawskim i kurpiowskim, dwie małpki czerwonego jasia na potem… i zacząłem się nudzić. Przypomniało mi się, że Citi Bank w grudniu posiadaczom ich karty kredytowej fundował wstęp do Ballady – czyli Business Lounge – z czego jadąc do Rzymu skwapliwie zrobiłem użytek. Pomyślałem patrząc na zegarek – „hm, może po stresującym tygodniu pójdę się nastukać jak alkoholik (bo przed południem), na koszt Citi, the never sleeps”. Podszedłem do stoiska promocyjnego, żeby zapytać, czy to jeszcze działa. Więc tamta promocja już nie, ale teraz złota karta bankomatowa wpuszcza do Ballady. Znaczy, że muszę sobie zrobić u nich konto. Popatrzyłem na zegarek – dwie godziny do odlotu. Ok. 10 minut później zrobiłem sobie colę zero z tillamore dew, potem kolejną i potem jeszcze jedną. Podczas długiego (3,5 godz.) lotu do Madrytu wypiłem białe wino od miłej stewardessy Lotu (moja ulubiona linia lotnicza – gorąco polecam), potem jeszcze jedno 350 ml zakupione w tzw. duty free, i zasnąłem. Za 2 tygodnie jadę do Mediolanu – ponieważ karta Citi (the never sleeps) już nadeszła – zamówię taksówkę pół godzinki wcześniej niż trzeba – co by skorzystać z promocyjnych walorów sponsora przyjemności podniebiennych (nie mylić z podniebnymi). Dziękuję Citi.

Czy Madryt się udał? Hiszpania? Hiszpania się nie może nie udać. Patrz blotki o Barcelonie i pomnóż razy co najmniej dwa;)

Poza Segowią zrealizowałem cały program. Z przyjemnością przyjadę znowu do Madrytu, żeby zrobić sobie dwie małe wycieczki – do Toledo i do Segowii. Może zatrzymam się w każdej z tych miejscowości na noc. Małe hiszpańskie miasteczka mają przyjemne i bardzo przystępne hoteliki. Pierwszy raz dobrze ułożony program pozwolił pomyśleć, że zmieściłby się jeszcze wypad do opery. No ale cóż – nie pomyślałem o tym wcześniej… Za to pomyślałem na przyszłość. Dorwała mnie rutyna i zrobiłem się zbyt pewien siebie. W Madrycie mieszkałem w samym centrum miasta na 6. piętrze z widokiem na budynek Telefoniki po drugiej stronie ulicy. Pamiętam jak kiedyś podsłuchiwałem sąsiadkę rozmawiającą z różnymi osobami na balkonie. Raz powiedziała: „słuchaj, a ja jestem zadowolona z tych ciemnych płytek w łazience. Naprawdę świetny efekt. Teraz łazienka wygląda jak w Mariotcie. … Nie, no nigdy nie byłam w Mariotcie, ale ciemna łazienka jest ekstra…” I teraz musiałem zaśmiać się z samego siebie – bo najmocniejsze skojarzenie, na jakie przywodziła mnie Gran Via z ponadproporcjonalnie, co do szerokości ulicy wysokimi budynkami – to Nowy York lat 30-tych. Co z tego, że nigdy nie byłem w Nowym Yorku – ale tak sobie go wyobrażam. Drugie nieśmiałe skojarzenie Madrytu – to Moskwa. Z tą wielkością budynków – ponad miarę. Z tym że Moskwa jest brudna i brzydka. i zacięta. A Madryt? Z pewnością nie. Madryt żyje całym kolorytem napływowej ludności hiszpańskojęzycznej: z Peru, z Columbii, z Cuby. Tych z Cuby jest szczególnie dużo. I nie wiem, czy to przez sympatię do Cubanofila, który to niebawem przeczyta, czy szczerze jakieś pierwiastki mnie dobrze się dogadują z Kubańczykami. Myślę, że to drugie. Zabawne, jak Kubańczycy od lat żyjący w Madrycie zapalczywie bronią honoru Madrytu przed wyfiokowaną Barceloną. W Barcelonie szczupli paryscy dandysi zadają szyku ulicom. W Madrycie – ciepli, przyjemni i szczerzy ludzie – którzy nie udają, że są kimś innym. Wracając do Opery: jednak szarpnąłem się na bilet na Turandota do La Scali. O cenach w Mediolanie napiszę kolejną blotkę. To właśnie ta rutyna i pewność siebie pozwoliły mi uwierzyć, że wszędzie uda się znaleźć wygodny pokój hotelowy w samym centrum miasta za całkiem przyzwoite pieniądze. Mediolan utarł mi nosa. Solidnie i drogo. Ale im więcej zdecyduję się wziąć, tym więcej będę mieć, żeby dawać.

Madryd będzie pod znakiem trzech muzeów. W piątek idę do Museo del Prado. W sobotę jadę do Segovii. A w niedzielę Museo Thyssen Bornemisza i Centro de Arte Reina Sofia. W przerwach będę jeść hiszpańskie sery i szynki. Uwielbiam.


  • RSS