monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: nowy-york

Ogród

Brak komentarzy

To, co nakręciłem przez ostatnie miesiące, teraz będę odkręcać. „Ciebie najmniej spodziewałem się spotkać dziś na treningu” powiedział Szymon. „Nigdzie nie wyjechałeś?” „Nigdzie. Nie jeżdżę, gdy wszyscy jeżdżą, Uwielbiam Wawę, gdy jest pusta”. Drzwi tarasowe były otwarte przez cały dzień. Robiło i suszyło się pranie. Wczoraj skoszony trawnik kusił do wyjścia na dwór. Obiad na tarasie… Nie brakowało mi zwiedzania kolejnej pinacoteki albo muzeum. Mało co przebije obejrzane ostatnio w Madrycie i Mediolanie. … Zacząłem myśleć nad tym, żeby czas przeznaczyć na załatwianie formalności. Wiza. Chyba się już jej przestałem bać. Rzeczy się zrelatywizowały – bałem się, czy dobiję się do mojego biletu do La Scali. Wiza do Nowego Yorku jest tańsza – poziom desperacji opadł – więc chyba będzie mi łatwiej – psychicznie. Zastanawiam się od czwartku nad tym rozwojem znajomości. Nie umiem tego zaplanować. To po prostu będzie więcej. Tak się nagle okaże. Albo stopniowo się tak okaże – że będzie nas w naszym życiu więcej. Tego się nie da urządzić i zaplanować – jak planuje się ciążę. Nie wiem, co z tego będzie. Wiem, że dzieci z tego nie będzie.;)

Znajomy architekt zrobił 6 lat temu kampanię dla wchodzącego na polski rynek Nikona pod hasłem „Odwagi”. Najbardziej boję się zawsze wysiłku. Głównie myślowego, mimo że on rzekomo nie boli. Lubimy leniwie poddawać się dryfowaniu, ale ono nie cieszy. Cieszy, gdy się znowu przełamiemy i odkryjemy nowy ląd. Przełamałem się zatem fotograficznie – idąc za hasłem wybrzmiałej już w mediach, ale we mnie stale aktualnej kampanii Nikona… i jeszcze raz przeczytałem instrukcję do mojego Canona EOS 450 D. A potem pod wrażeniem fotobloga
http://rzeczyzszuflady.blogspot.com/2010/05/taki-spacer.html
 zacząłem na nowo robić zdjęcia. Coraz lepsze. Przełamał mnie też jeden z prezentów imieninowych „poradnik fotografowania” – który połknąłem w czasie mojej ostatniej skandynawskiej wyprawy. Jednym tchem. Niby stary ten ląd był, ale jaki nowy. Robienie zdjęć zaczęło znowu cieszyć – bo lepiej rozumiem, co mówi do mnie poradnik fotograficzny i wiem wreszcie, o co chodzi w tej instrukcji obsługi. Od razu przestawiłem ustawienia w aparacie i jestem zadowolony, że odrobinę bardziej panuję nad efektem. Wyjaśniło mi się też, że to normalne, że zdjęcia robione w środku dnia są nieciekawe. Mi się nigdy nie chciało wstawać rano lub wieczorem latać za widoczkami – a tak właśnie trzeba, bo najbardziej dramatyczne jest światło z boku… Jest jeszcze jedno „pod wrażeniem” z ostatniego tygodnia i jeszcze jedno „odwagi”, które mnie przepełnia błogostanem. Pozwolono mi zajrzeć do sagi rodzinnej - napisanej przez obecną nestorkę rodu jako jej terapia na obecny stan odczuwania po ostatnich burzach emocji życiowych. Z pietyzmem przepisaną na 112 stronach przez najmłodszą latorośl i zilustrowaną własnoręcznie zeskanowanymi zdjęciami. Ponieważ wiem ile obydwie czynności trwać mogą, zdumiałem się, że ludzie których się o to nie podejrzewa potrafią wziąć oddech i usiąść na tyłku, oddając się niemal benedyktyńskiemu dziełu. Czytając między akapitami, prowadzony za rękę wśród albumu musiałem pomyśleć o ostatniej książce Grocholi, na którą właśnie zabrakło mi odwagi. Pierwsza rzecz, którą zrobiłem nazajutrz – to wizyta w księgarni. Mam już ostatnią Grocholę i cieszę się, że znowu się przełamałem i z ognikami w oczach połykam jej zdania i akapity. A tak się bałem, że może być nudne. Znowu mi się przypomina hiszpańskie przysłowie: „żyć w strachu, to żyć połowę”. Dziękuję ludziom za dostarczane mi zachwyty – mi właśnie one dają odwagi. Drżyj Andaluzjo. Nowy York potrzebuje jeszcze odwagi.
 


  • RSS