monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: wakacje

Austria

Brak komentarzy

Dziwny rok, w którym po raz kolejny jadę do wydawałoby się mało spektakularnego austriackiego miasta – do Grazu. Ok. 200 tys. mieszkańców. Drugie co do wielkości miasto w kraju. Stolica kulturalna Europy z 2004 roku – wtedy też udało mi się tam być. Z wielkim kompleksem w stosunku do stolicy własnego kraju. Niesłusznym. Arni stamtąd pochodzi. Jest tam jedna z dwóch zachowanych w Europie romańskich wież ze schodami dwuskrętnymi i wspaniała zbrojownia. Pierwszy raz jadę tam prywatnie i w duchu się bardzo Cieszę. Graz jest w Styrii czyli w europejskim dyniowym zagłębiu. Mało kto wie jak smakuje olej z pestek dyni. Jest on podstawą regionalnego jedzenia. Moim ulubionym daniem jest roszponka z sałatką kartoflaną i jajkiem z dresingiem z oleju z pestek dyni. Zawsze to tu zamawiam przy okazji każdego posiłku. O! i mam pomysł na prezent do skrzynki z upominkami na zapas. Buteleczka tego specyfiku – to jak cygaro przywiezione z Cuby lub działka coki z Columbii.

Jestem na tak. Islandia. Whatever. Nie jestem dobry w SM. Nie wiem, o co w tym chodzi. Nie zamierzam w życiu zastanawiać się, czy spełnię, czy nie spełnię oczekiwania. Jestem po prostu tym, kim jestem. Tym, którym nie jestem, nie udam, że nie jestem. Umiem się całować na ulicy. Umiem pieścić pośladki robiąc coś do jedzenia. Umiem siedzieć obok w pociągu lub samolocie. Umiem pieścić palce w operze i operetce, gdy zapadnie mrok po uniesieniu kurtyny. Umiem wybrać dobre wino. I nie tylko. Umiem być obojętnym i na dystans. Umiem szaleć jak żywioł. Umiem być na dystans. Umiem być. Bez narzucania się. Nawet, jeśli nie wiem, o co chodzi w sm.

Dobra pogoda działa na mnie pobudzająco. Wymyśliłem, że w krótkich spodenkach będę chodził bez bielizny. Pobudza mne to tym bardziej. Lubię sikać w ogrodzie stojąc. W lecie będę chodził bez bielizny w ogóle. To zakłada dużą liczbę par spodni. Właśnie w sobotę zrobiłem kolejne zakupy. Na coś te wszystkie portki się przydadzą.

Podarowany mi na urodziny poradnik fotograficzny wreszcie wyjaśnił mi rzecz fundamentalną, za której zgłębienie wcześniej gotów byłem oddać wiele. Książka warta przeczytania mówi: żeby zdjęcie było ładne – rzecz musi być ładna. Waw – tak zawsze podejrzewałem, ale nie zrażałem się niepowodzeniami i robiłem kolejne zdjęcia brzydkiej rzeczy w beznadziejnym oświetleniu, żeby po raz kolejny stwierdzić, że nie umiem robić ładnych zdjęć. Nikt mi wcześniej nie powiedział, że pora, o której fotograf amator wyrusza na fotograficzne łowy (z wygody i niewiedzy), to czas mało spektakularnego oświetlenia – po prostu słońce koło południa jest nijakie – zwłaszcza w naszej szerokości geograficznej. Czyli nie wystarczy pojechać do Pisy ustawić się przed wieżą w słoneczny dzień i pstryknąć. Trzeba przyjść tam wtedy, gdy słońce pada w odpowiedniej strony i odbija się na przykład kolorowo w wypukłościach chmur, zapewniając zjawiskową scenografię. Książka mówi, że warto znać trajektorię słońca i otoczenie obiektu, który chcemy uwiecznić – ja nigdy sobie z tego za wiele nie robiłem i nie rejestrowałem, gdzie jest słońce. Teraz wiem świetnie gdzie ono jest. O słońcu od niedawna (nie żeby rozmyślnie) zacząłem mówić „światło”. Dotarło do mnie dlaczego lubię wrześniowe słońce – książka o fotografowaniu mi powiedziała: bo ono pada pod mniejszym kątem niż w środku lata – a tym samym plastyczniej wydobywa kontury i kształty. No i nie daje się tak we znaki wysokimi temperaturami. Zeby sfotografować Pałac Kultury od strony marszałkowskiej – trzeba się zjawić na mieście ok. ósmej rano. Koło południa można się zająć jego fasadą od Jerozolimskich. Po 16-tej jest szansa na zjawiskowe ujęcia na tle domów towarowych centrum (młodsi czytelnicy mogą nie wiedzieć ze stuprocentową pewnością – o jakie domy towarowe chodzi). Podobnie jest z wiatrem. Tylko w czasie gwałtownego przeciągu zaczynałem sobie zdawać sprawę z tego, że wiatr w ogóle istnieje. Zeglowanie bardzo uwrażliwia na najdrobniejszy zefirek. Choćby na desce z żaglem. Po trzygodzinnym przemierzaniu tafli jeziora lub jakiejś zatoki wiatr zaczyna wchodzić w krew i szybko stanie się kolejnym wymiarem (obok kierunku i kąta padania słońca) w odbiorze rzeczywistości. Gdy w towarzystwie zmierzam do jakiegoś celu, przełączam szybko na tryb ekonomiczny i zaczynam zdawać się na jego orientację w terenie, nawet nie zadaję sobie trudu, żeby na własne potrzeby zapamiętać powrotną drogę. Gdy przez przypadek odłączę się od stada, albo zostanę z niego wbrew mojej przyjemności i ochocie wyłączony – wszystkiego ze łzami w oczach muszę uczyć się na nowo. Czasem karczuję fragmenty rzeczywistości, żeby nie podrażniać wspomnień.

Lubię mój mijający rok podróżowania w pojedynkę. Owszem – brakuje mi może troszeczkę widoku pary zachwyconych wakacyjną beztroską oczu i uśmiechu w nieskrępowanej porze wieczoru… To może przyniesie kolejny rok albo następny, gdy już oswoję się z kierunkiem i kątem, pod którym pada słońce i będę umiał skupić się na wewnętrznej naturze i uroku zjawisk… Dzisiaj było paskudnie i padał tylko deszcz.


  • RSS