monhomme blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: warszawa

Francuz w Warszawie

Brak komentarzy

Musi skończyć ich dawno rozmowę smutnie nie skończoną. Na powitanie rzucam w półuśmiechu – „hm, czyli to wciąż nie skończona historia?”. Uśmiecha się i rodzaj ulgi łagodzi jego wyraz twarzy. Nie trzeba niczego zamiatać pod dywan. Można po prostu mówić o tym co nabrzmiewa – bez pudrowania, że wszystko gładko. Po pierwszej rozmowie ze trzy miesiące temu o mały włos nie wziąłem wszystkiego do siebie – że to ja nie elektryzuję rozmówcy. On po prostu emocjami jest gdzie indziej. Na szczęście miałem ruskiego – który dokładnie na tych samych registrach grywał. Polak w Moskwie. Ten teraz to Francuz w Warszawie. Mówi przepiękne zdanie po niemiecku (bo po niemiecku rozmawiamy): „Warszawa nie jest dla początkujących” – Warszawę sobie trzeba wywalczyć, wyłuskać…” I kto to mówi? Ktoś kto doskonale potrafi docenić modnych młodzieńców z paryskich kafejek, zadbanych i wymuskanych. I ktoś kto umyka Paryżowi w każdy weekend, który przerywa przyjemność pracowania. Ktoś, kto mknie do Warszawy w długi weekend Wszystkich Swiętych, bo perspektywa turysty w Paryżu po powrocie z długiego pobytu w Warszawie dla zaawansowanych go nie wypełnia. Zapytany „Jak Ci się wiedzie w Paryżu po powrocie z Polski” opowiada o pracy. Przywodzi mi na myśl mnie samego – Polaka w Barcelonie. I przywodzi mi na myśl Bliskiego rozpływającego się w pracy i w podróżach. Podróżach – ucieczce od miejsca gdzie w którym jest na co dzień. W ostatnim tygodniu poza pracą nie istniało dla mnie nic. Sukces konferencji wyczarował banana na twarzy. Za tydzień wyjeżdżam… Skoro pracy mniej – trzeba uciec z domu. Coś w tym domu uwiera. Nie mnie jednego, jak się okazuje. Wszyscy w kinie śmiejemy się i ronimy łzę w tym samym miejscu.

Sen o Warszawie

Brak komentarzy

Ilu mieszkańców ma Frankfurt nad Menem? Rzadko wyobrażenie jest bliskie rzeczywistości. Niektórzy mówią nawet, że mniej więcej tylu, co Warszawa. To się nazywa „jechać na opinii”. Tak robiłem w szkole. Tak robi Marek u nowego szefa. Buduje opinię. Ta opinia oczywiście nie jest bezpodstawna – trzeba nagiąć karku i przysiąść fałd. Też Frankfurt, który jest sporo mniejszy od Sewilli, odrobił pracę domową. Czyżby nie rozmiar najbogatszego europejskiego miasta miał znaczenie? … Opowiadam w biurze o weekendowych wrażeniach. Moja koleżanka na to: „- Czyli taka Warszawa, tylko że bogaciej?” „-I bez patriotycznego patosu.” – dodaję. W niezobowiązującej pogawędce z tambylcem zapytany o wrażenia z miasta i ludzi wymyka mi się, że we Frankfurcie ludzie nie są tak zadbani jak np. Stuttgartczycy czy Monachijczycy. Chyba poczuł się dotknięty. Frankfurt nigdy nie będzie Paryżem. Też nie umie się delektować jedzeniem – nie będzie nawet Madrytem, bo o Barcelonie to chyba nawet nie słyszał. Poza wzgórzem ratuszowym Römerberg z parteru jest niestrawny. No może nie tak, jak drastycznie to ujęła Małgosia, mówiąc o metropoliach azjatyckich – że do 5. kondygnacji to slumsy – ale faktycznie przyjemny robi się dopiero z tarasów na dachach domów towarowych deptaka „Zeil”. Co zostanie mi w głowie i w sercu z tego miasta? – Stałe odniesienie do Warszawy. Pomijając ilość zer w operacjach finansowych. Oprowadzając ludzi po Warszawie i mówiąc o jej architektonicznym nieładzie wynikającym z krnąbrności powojennych planów urbanistycznych będę mieć przed oczami właśnie Frankfurt. Architektonicznie brzydki. Mimo to wielki. Warszawa nie ma jeszcze 80 wieżowców – ma jednak przepiękną skyline z okien praskich bloków – rysującą się na horyzoncie za ogrodem zoologicznym – jak za Central Parkiem. Warszawo, nie jesteś osamotniona w swojej urodzie inaczej. Podróże kształcą.

Miejski zwierz

1 komentarz

Odpoczywam otoczony ludźmi, w centrum wielkiego miasta. Żyję szumem, gwarem i zapachem chodników po deszczu. Chłonę z tkanki miejskiej wszystko to, czemu ekolodzy życzą rychłej śmierci.

Pożeram wzrokiem obrazki malowane mieszanką ludzi, budynków i pojazdów. Notuję je, zapisuję, komentuję i węszę dalej…

A potem, nagle, wszystko, co zabrzmiało tak górnolotnie – szlag trafia!

Mija mnie para. ON trzyma za rękę JĄ (dziewczynkę urody nienachalnej i nadwagi nieprzeciętnej) i mówi do niej:
- Ale ty, k***wa, jesteś tłusta!
a ona mu na to:
- To przez ten krem do rąk :)

Nigdy nie podobały mi się targowiska, bo na nich koncentrowało się miasto, do którego zabierała mnie ze sobą babcia. Mówiła na to targ. Nic tam nie było nowego ani odmiennego od wiejskości, która była dla mnie w dzieciństwie zbyt zwyczajna. Na targu ludzie sprzedawali na straganach pomidory, marchew, buraki czerwone, pietruszkę, jabłka, renklody, węgierki, mirabelki, orzechy włoskie i laskowe, na wiosnę tzw. rozsadę. Wszystko to znałem z domu. Nie bezpośrednio, bo moi rodzice nie byli rolnikami – ale wystarczyło między polami przejść do kościoła i całe targowisko w wymiarze makro było codzienną scenografią. Wyjazd z rodzicami na stambulski bazar nie zmienił tej optyki. Targ to targ. Nie podniecała mnie berlińska Markthalle z egzotycznymi tureckimi przekupniami – jakoś długo nie ceniłem warzyw. Halę Mirowską odkryłem dla siebie tydzień temu. Od razu przywołała skojarzenia stuttgarckiej Markthalli, którą poznałem dwa lata temu zimą – z jej zapachami. Potem już w każdym mieście szedłem na targ warzywny. Lata zakupów w hipermarketach obudziły tęsknotę do zakonserwowanych skojarzeń z dzieciństwa. Halę Mirowską mam po drodze z sobotniego porannego treningu. Kupuję tu z 5 kg mięsa różnego rodzaju, warzywa i owoce – głównie sałatę, cebulę, szczypior, rzodkiewkę, jabłka, ogórki i pomidory. Jadę z tym do domu  i od razu zaczynam gotowanie. Schab piekę na soli posmarowany musztardą francuską – nie jadłem bardziej soczystego schabu. Z polędwicy wołowej robię trochę tatara na wieczór do wódeczki, a resztę smażę jako krwiste steki. Piekę pierś z indyka w musztardzie i miodzie na soczysto. A polędwiczki wieprzowe unurzane w musztardzie też na soli. Przez cały tydzień wiodę bardzo miejski i zapracowany tryb życia – więc nie gotuję, gdy po pracy i treningu ściągnę do domu. Wyjadam sobotnie kuliraria. Gdy wczoraj chodziłem po bazarze na tyłach Hali Mirowskiej pomyślałem, że ten targ podoba mi się najbardziej. Nie muszę wsiadać do samolotu, żeby połazić między straganami z mięsem, wędliną i warzywami. Owszem, nie ma tu ostryg, wspaniałych ryb, kalmarów, krewetek i bogactwa owoców morza – ale jest też autentyczność otoczenia – Warszawa przecież nie leży nad morzem. Warszawa jest tu prawdziwa i autentyczna – nie jest tu ufircykowana jak w niepasujących do niej witrynach Dolce & Gabanna, Trusardi, Gucci…

http://www.facebook.com/video/video.php?v=307601551793


  • RSS